Aktorska legenda
Treść
Przed jedenastu laty umarł Zenon Stramski .
Gdyby żył, ukończyłby jutro 62 lata. I można ze stuprocentową pewnością założyć, że byłby nadal jedną z najbarwniejszych postaci Nowego Sącza. Taką, jaką jawił się podczas swej ziemskiej wędrówki.
Zenon Maria Stramski - tę umowną Marię podkreślał przy każdej prezentacji, aktor z artystycznej bohemy, umiejscowił się w swym własnym, bardzo osobistym świecie, z którego wyglądał jedynie wówczas, gdy zmuszała go do tego prozaiczna potrzeba. Brylował wówczas przez kilka dni w towarzystwie, na lewo i prawo serwował alkohole, by - po wyczerpaniu się funduszy - powracać do swego eremu przy ul. Długosza. Tam czekał na kolejną wizytę bratnich duszy z krakowskich i rzeszowskich scen, wspierających i finansowo, i materialnie swego druha, nie należącego do ludzi, których stała praca zarobkowa jest czynnością ulubioną. Aktorem za to Zenek nie bywał tylko przy okazji oficjalnych występów. Aktorem był na co dzień. Świadomie otaczał się nimbem tajemniczości, roztaczając wokół charakterystycznej sylwetki z gęstą, kruczoczarną brodą cygańską, w kulturowym rozumieniu tego słowa, legendę. Fascynował w ten sposób nieobytą w wielkim świecie gawiedź, błyszczał przy kawiarnianych stolikach. I, przyznać trzeba, było mu z tą pozą wyjątkowo do twarzy. To prawda - pojęcie lekkoduch przystawało doń jak ulał. To luźne, wręcz luzackie podejście do rzeczywistości miało wszak w jego mniemaniu filozoficzne uzasadnienie. Powtarzał często swym niepodrabialnym, głębokim bas barytonem: - Jakie ja mam życie? Dziesięć lat gołej baby nie widziałem. Koty s... mi w domu. Jakie ja mam perspektywy? Trzeba mi świat przyjmować taki, jaki Bozia daje.
Niedługo przed śmiercią odnalazł sens bytowania. Występując gościnnie w "Panu Tadeuszu", wystawianym przez teatr w Cieszynie, poznał Helenę Vondrackovą. Nieprzytomnie zakochał się w piosenkarce. Helenka wkrótce wyjechała gdzieś w świat, Zenek powrócił do Nowego Sącza. Od tamtej pory rzadko widywano go na ulicy. Cały niemal czas spędzał w mieszkaniu. Tam, pewnego słonecznego czerwcowego dnia odnaleźli go zaniepokojeni koledzy. Umarł na wylew. W samotności. Ale nie w zapomnieniu. Bo legendy przecież nie umierają. (dw), "Dziennik Polski" 2007-05-15
Autor: ea