Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Andrzej w "Andrzejki"

Treść

W dniu imienin swego patrona, zatem w czwartek, o godz. 19 na scenie Domu Kultury im. Bronisława Pierackiego nowosądeckiej publiczności po raz kolejny zaprezentuje się Andrzej Sikorowski. Rok temu, kiedy gościł w Nowym Saczu, towarzyszyła mu córka Maja, promująca swą debiutancka płytę "Kraków - Saloniki". Tym razem popularny "Malina" przyjeżdża w silniejszym składzie, wraz z grającą z nim od zarania kariery grupą "Pod Budą".

Z wokalistą, kompozytorem i autorem tekstów, a także felietonistą "Dziennika Polskiego" rozmawiamy na trzy dni przed koncertem.

Który to już Pański występ w Nowym Sączu?

- Trudno zliczyć. Przyjeżdżam tutaj, z niezmienną przyjemnością, dość regularnie. Wasza publiczność niby niczym specjalnym nie różni się od tej z innych rejonów Polski, mimo to sądeckie recitale zawsze odbywają się w miłej atmosferze. Potraficie wczuć się w klimat wykonywanych przeze mnie utworów. Tak sobie myślę, że chyba jestem tutaj lubiany. Mam nadzieję, że i w czwartek uda mi się spowodować, iż w sali DKK zrobi się ciepło, nastrojowo, rodzinnie.

Tegoroczny koncert prowadzonej przez Pana grupy "Pod Budą" przypada jednak w dniu szczególnym. Akurat w swoje imieniny w Nowym Sączu Pan jeszcze chyba nie śpiewał?

- Nie, nie śpiewałem, a raczej nie śpiewaliśmy. W "Pod Budą" jest przecież dwóch Andrzejów. Oprócz mnie, również gitarzysta basowy Andrzej Żurek.

Świętowanie odłożycie panowie na czas po koncercie? A może przesuniecie uroczystość na inny dzień?

- Ta druga ewentualność nie wchodzi w rachubę. Nie jestem zwolennikiem obchodzenia imienin, urodzin, wszelakich jubileuszów w terminie "przed" lub "po". Choć wiem, że są ludzie, którzy organizację imprez warunkują od możliwości czasowych pewnych bardzo ważnych gości. Dla mnie jest to fałszowanie rzeczywistości. Imieniny powinny być obchodzone zgodnie z tym, co zapisano w kalendarzu. A że w moim zawodzie pracuje się i w piątek, i w świątek, to trudno. Dni i godzin nie wybieramy. Świętowanie rozpoczniemy więc po recitalu.

Chyba, że jego organizatorzy "wjadą" na scenę z butelką szampana...

- Chyba że... Takiej ewentualności nie mogę wykluczyć.

Jakie utwory przygotowaliście na czwartkowy występ?

- Na przyszły rok przypada trzydziestolecie działalności "Budy". W związku z tym zaprezentujemy 20 piosenek, pochodzących z tego całego okresu. Sądecka publiczność usłyszy więc m.in. "Bardzo smutną piosenkę w stylu retro", "Ciotkę Matyldę", "Na całość", ale i najnowsze dokonania, w tym również te z repertuaru mojej córki Mai oraz Ani Tretter.

Porozmawiajmy o Pańskich wcześniejszych kontaktach z Nowym Sączem. Z czym to miasto się Panu kojarzy?

- Z pysznymi lodami. Pamiętam, że kupowałem je w zakładzie w pobliżu kościoła św. Kazimierza.

Tylko z lodami?

- No nie, skądże. Sądeckich odniesień do mojej biografii jest znacznie więcej i są one bardzo trwałe. Tata mój był dziennikarzem. Któregoś dnia, a było to w latach 60., wysłano go do Nowego Sącza, by opisał uroczystość przekazania prochów żołnierzy - podhalańczyków, poległych pod Narwikiem. Zabrał mnie ze sobą. Działo się to w rynku i przypominam sobie, że zmarzłem wówczas okrutnie. Później, już jako dorastający młodzian, przyjeżdżałem tutaj często podczas wakacji z dziewczyną, kąpaliśmy się w Kamienicy. Podobnych skojarzeń byłoby pewnie więcej.

Takich choćby jak to związane z organizowanym w latach 70. i 80. w Myślcu "Kramem". Był Pan jego częstym gościem.

- Rzeczywiście, przyjeżdżałem pod Stary Sącz regularnie. Te artystyczne konfrontacje młodzieży wymyślił ktoś z wyobraźnią. Wiem, że w środowisku estradowym cieszyły się dobrą opinią.

Czy któryś z sądeckich koncertów utkwił Panu szczególnie mocno w pamięci?

- Kiedyś całą Polskę objeżdżaliśmy z takim, nazwijmy to, wesołym autobusem. Towarzystwo było wyborne: nieżyjący już Krzysiu Litwin, "Silna Grupa pod Wezwaniem" z Jackiem Nieżychowskim i też przebywającym już na tamtym świecie Kazikiem Grześkowiakiem. Zakwaterowano nas w hotelu "Beskid". Noc była szalona. Przyszło mi ją spędzić w miłej gromadce. O szczegółach jednak zmilczę.

Mówiąc o Nowym Sączu, wspominał Pan o bliskich mu miejscach, ani jedno słowo nie padło natomiast o ludziach...

- Krakowskie środowisko poetyckie pełne jest twórców wywodzących się z waszych stron: Andrzej Warzecha, urodzony w Muszynie Adam Ziemianin, nieżyjący Wiesiek Kolarz. Dobrze się znam z Leszkiem Mazanem, moim druhem jest sądeczanin Leszek Wójtowicz, filar "Piwnicy pod Baranami". Widuję się z nimi na co dzień. Podczas studiów też spotkałem kilka osób z waszego miasta, ich nazwisk już jednak nie pamiętam. Ale wszystkich sądeczan, którzy stawali na mojej drodze i którzy miło mnie wspominają, serdecznie pozdrawiam.

Rozmawiał: Daniel Weimer, "Dziennik Polski" 2006-11-28

Autor: ea