Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Brąz już jest

Treść

Beata Małek pokonała reprezentantkę Chin Haiqin Zhou, zapewniając sobie co najmniej brązowy medal mistrzostw świata odbywających się w Indiach. Zawodniczka Superfightera powtórzyła tym samym swoje ubiegłoroczne osiągnięcie z podobnej imprezy, rozgrywanej w podmoskiewskim Podolsku. Jako pierwsza pięściarka w historii polskiego boksu stanęła tam na podium światowego czempionatu.

Sucha agencyjna informacja o wygranej sądeczanki w trzeciej rundzie przez rsc może sugerować jej łatwy sukces. Tymczasem podopieczna trenera Radosława Pietrzkiewicza przemierzyła prawdziwą drogę przez mękę.

- Wiedziałam, że Chinka od pierwszego gongu rzuci się do ataku, byłam na to przygotowana, mimo to nie zdołałam uniknąć tej nawałnicy - opowiada Beata. - Biła przy tym szalenie mocno, a jej uderzenia przypominały kopnięcia konia. Po jednym z takich ciosów byłam liczona. Druga runda również nie przebiegła po mojej myśli. Przed decydującym starciem Azjatka prowadziła różnicą siedmiu punktów. Nie miałam nic do stracenia, musiałam postawić wszystko na jedną kartę. Udało się! Chinka dwukrotnie padła na matę, a ponieważ regulamin kobiecego boksu stanowi, że taka ilość liczenia tej samej zawodniczki w jednej rundzie przerywa walkę, sędziowie ogłosili moje zwycięstwo przez przewagę. Mam już brązowy medal, co stanowi realizację planu minimum. Mierzę jednak wyżej. Chcę nadal wygrywać, mimo że jestem mocno poobijana.

Los nie był dla Beti łaskawy. W potyczce o finał przyjdzie jej zmierzyć się z niewygodną dla siebie rywalką - Rosjanką Iriną Siniecką.

- To najbardziej utytułowana zawodniczka w dziejach amatorskiego boksu kobiecego - wyjaśnia Radosław Pietrzkiewicz. - Beata ma z nią zadawnione porachunki. Z Iriną zmierzyła się w 2005 r. podczas mistrzostw Europy w Norwegii, ulegając jej przed czasem. Jest tylko jedna metoda, by ją przechytrzyć: nie wdawać się w wymianę ciosów, utrzymywać walkę na dystans, zdobywać punkty z doskoków, ciosami prostymi. Proste, prawda? Tak się tylko tak łatwo mówi. Moją podopieczną stać na zwycięstwo, pod warunkiem, że będzie przestrzegała taktycznych założeń. Proszę nie posądzać mnie o brak skromności, byłbym jednak pewny sukcesu Beaty, gdybym stał w jej narożniku. Po prostu lepiej niż ktokolwiek znam swą zawodniczkę, jej psychikę. Jest jeszcze jeden kłopot: do kontuzjowanej jeszcze przed mistrzostwami nogi dołączył ból ręki Beaty. To jednak wyjątkowo twarda dziewczyna i mimo wszystko wierzę, że zrewanżuje się Sinieckiej za norweską porażkę.

(DW), "Dziennik Polski" 2006-11-23



Autor: ea