Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Dobre pokolenia

Treść

Długo i barwnie snuł w piątek opowieść o rodzinie Długopolskich znany sądecki lekarz urolog, prezes Związku Sądeczan dr Stanisław Długopolski. W wypełnionej do ostatniego miejsca sali Galerii Marii Ritter przypominał o ludziach, którzy na stałe wpisali się w historię Nowego Sącza.



- Długo musiałam namawiać Staszka, żeby zgodził się na to spotkanie - mówiła Anna Totoń, pomysłodawczyni i prowadząca Wieczory w Galerii Marii Ritter, podczas których prezentowane są kolejne sądeckie rody. - Gdy w końcu uległ, wpadł w wir przygotowań, bo zależało mu na tym, by wieczór był udany i interesujący. Znam Staszka od lat szkolnych i wiem, że to perfekcjonista.

Dr Długopolski wyznał, że stanął przed trudnym zadaniem, bo streszczenie bogatej historii tak znamienitej rodziny niesie z sobą wiele pułapek.

- Albo człowiek wpadnie w megalomanię, albo buchalterię, ograniczając się do suchego zestawienia dat urodzin i śmierci poszczególnych członków rodziny - wyjaśnił Stanisław Długopolski.

Z jego długiej, okraszonej szeregiem anegdot opowieści słuchacze dowiedzieli się, że Długopolscy wywodzą się z Długopola w okolicach Ludźmierza na Podhalu. Zbieżność nazwy miejscowości z nazwiskiem rodu wskazuje, iż mogli być założycielami tej miejscowości. Z Nowym Sączem rodzina związała się w połowie XIX w. za sprawą Tomasza, który objął funkcję oficjała w tutejszym sądzie. Wychował dwóch wybitnych synów - Edmunda i Franciszka. Pierwszy był cenionym historykiem specjalizującym się w badaniu średniowiecza, drugi działał na polu prawniczym, pełniąc m.in. rolę audytora w armii austriackiej. Był też znanym i poważanym w mieście adwokatem. Jego kancelaria mieściła się zresztą w tej samej kamienicy, w której odbyło się piątkowe spotkanie, czyli Galerii Marii Ritter, tyle że wchodziło się do niej od strony ul. Wazów.

- To bliskie sąsiedztwo artystki tworzącej w atmosferze tajemnicy pobudzało moją wyobraźnię - wspomina Stanisław Długopolski. - Wymykałem się zatem do mieszkania Manci, bo tak właśnie ją nazywaliśmy, żeby zobaczyć, co też dzieje się w tej ciemnej, niedostępnej dla zwykłych śmiertelników pracowni. W tamtych czasach mieliśmy też bliskie kontakty z inną wielce szacowną, sądecką rodziną Rysiów. Sekretarką dziadka Franciszka była bowiem najstarsza siostra znanej aktorki Zofii Rysiównej - Wanda. W naszym domu zawsze wypowiadano się o tej rodzinie z wielkim szacunkiem, podkreślając pracowitość i patriotyzm jej członków.

Dzieje rodu Długopolskich mogłyby z powodzeniem służyć za kanwę ciekawego scenariusza filmowego oddającego ducha bogatej w wydarzenia historii, liczonej co najmniej od okresu panowania cesarza Franciszka Józefa, do dwóch wielkich wojen światowych i czasów współczesnych. Komediowe akcenty miała np. wyprawa Edmunda Długopolskiego, który w 1908 r. umówił się na spotkanie z bratem w Wenecji. W Budapeszcie uciekł mu pociąg z całym bagażem, który ostatecznie udało się odzyskać. Po drodze do Italii Edmund zatrzymał się w Dubrowniku, gdzie po raz pierwszy w życiu postanowił zażyć kąpieli morskiej. Było to jednak przykre doświadczenie, bo - jak napisał w liście - "za dużo tam ruchliwego życia". Wenecja też nie szczędziła niespodzianek. Najpierw było wyzwanie w postaci moskitiery stanowiącej nowość dla człowieka z chłodnej Polski, a potem cinematograf i 15-minutowy film o człowieku jadącym na rowerze. Słowem dużo wrażeń z wielkiego świata.

Tematem na kolejny rozdział książki o sądeckim rodzie byłby także z pewnością Stanisław Długopolski, ojciec bohatera piątkowego spotkania noszącego imię bohaterskiego taty. Adwokat, prezes Rady Głównej Opiekuńczej w Nowym Sączu walczył w powstaniu warszawskim, był świadkiem na procesie zbrodniarzy hitlerowskich w Bochum, gdzie oskarżał m.in. Heinricha Hamanna nazywanego katem Sądecczyzny.

Dodajmy, że dr Długopolski, znany w mieście urolog, w latach 90. radny miejski i prezes Związku Sądeczan niechętnie mówi o sobie, więc momentami musiała go w tym wyręczyć Anna Totoń, która odkryła przed słuchaczami jego nieznane talenty.

- Prócz urologii Staszek ma jeszcze jedną wielką pasję - stwierdziła Anna Totoń. - Jest nią budowa domu. Zdejmując lekarski fartuch zamienia się w murarza, tynkarza, stolarza i zduna. To taka złota rączka o wielkim umyśle i dobrym sercu.

((SZEL), "Dziennik Polski" 2007-04-30


Autor: ea