Firma o nazwie miasto
Treść
Rozmowa z Piotrem Lachowiczem, sekretarzem miasta, kandydatem na prezydenta Nowego Sącza
- Kiedy w panu zakiełkował pomysł, by kandydować na prezydenta?
- Wielu ludzi - chcę to podkreślić - o zróżnicowanych poglądach politycznych, namawiało mnie do kandydowania już ponad rok temu. Rozmawialiśmy dużo o pomysłach na rozwój miasta. Ja im prezentowałem swoje konkretne propozycje, efekty moich przemyśleń. Odnosiłem wrażenie, że bezstronnie uznawali moje pomysły i kompetencje. Niektóre z tych osób, o których mówię, popierają dziś kandydatów, z którymi będę rywalizował w wyborach. Sympatie wyborcze można mieć różne. Ważne jest jednak, kto jest gwarantem zmian na lepsze, komu można zaufać, kto skupi wokół siebie ludzi w Nowym Sączu dla wspólnych celów.
- Czy długo się pan przekonywał do decyzji?
- Tu są dwie ważne kwestie. Jedna dotyczy mojego osobistego przekonania, by podjąć się roli gospodarza w mieście. Byłem wewnętrznie na to przygotowany, gdy chodzi o wiedzę i determinację podjęcia tej trudnej służby. Druga sprawa dotyczy lojalności. Rozstrzygnięcie kandydować, czy nie uzależniłem od decyzji i zgody mojego bezpośredniego przełożonego, czyli prezydenta Wiktora. Z przyczyn zawodowych nie chciałem być konkurentem swojego zwierzchnika bez jego akceptacji.
- Czy gdyby kandydował na prezydenta ponownie, a nie na radnego Sejmiku, to mimo to, stanąłby pan również z nim w szranki wyborcze?
- Z przyczyn etycznych uzależniłbym to od jego decyzji, co zresztą zrobiłem.
- Ludzie na ogół nie mają takich skrupułów, rozpychają się łokciami. Czy nie jest pan ze swoimi poglądami zbyt miękki, ugodowy, delikatny, zbyt elegancki? To może powodować przypuszczenia, że jako prezydent będzie pan taki sam, a tu trzeba walczyć dla miasta o pieniądze, przychylne decyzje, stawić czoła ludziom, którzy często nie przebierają w środkach.
- Dobry ojciec rodziny powinien być twardy na zewnątrz, jeśli chodzi o zdobycie środków na jej utrzymanie, ale wyrozumiałym i łagodnym dla krewnych. W tym wypadku krewnymi są mieszkańcy, samorządowcy. Trzeba umieć utrzymać dobre stosunki wewnątrz, mieć spokój w rodzinie, aby całą energię skupić na realizację wspólnych zamierzeń. Te cechy zawsze pomagały mi w życiu.
- Sekretarzem miasta jest pan od kwietnia 2003. Wcześniej kierował pan Wydziałem Komunikacji Urzędu Miasta. Czy to wystarczające doświadczenie, by zasiąść na najważniejszym fotelu w mieście?
- Zawsze interesowałem się sprawami samorządu, tym, co dzieje się w mieście, ale nie rozpatrywałem tego w kategoriach awansów osobistych. Dlatego nigdy nie zabiegałem o popularność. Nie wysuwałem się na pierwszy plan w mediach. Bardziej ceniłem sobie bezpośrednie kontakty z mieszkańcami, ich opinie. Teraz z konieczności zdecydowałem się na jakąś kampanię medialną w ramach dość skromnych środków, bo bez tak zwanej twarzy medialnej, zaprezentowania swojego wyglądu, tego, co się robiło w życiu nie ma szans wygrać. Nie zaniedbuję rozmów. Patrzeć z plakatu na ludzi to nie sztuka. Trudniej wysłuchać nieraz gorzkich słów, które mają do powiedzenia i jakoś starać się pomóc. Nie obrażać się, a starać się zrozumieć, bo często mają do powiedzenia bardzo ważne rzeczy.
- No właśnie, co się robiło w życiu?
- Moim atutem jest to, że znam życie nie tylko od strony pracy w urzędzie. W większej części zawodowego życia byłem menadżerem w firmach międzynarodowych. Pracowałem między innymi w Berlinie i Wiedniu w firmach budowlanych zajmujących się kontraktowaniem usług budowlanych. Byłem współwłaścicielem przedsiębiorstwa zajmującego się transportem międzynarodowym. W 1999 roku wygrałem konkurs na stanowisko pełnomocnika Zarządu Miasta Nowego Sącza do spraw utworzenia wydziału komunikacji i transportu UM. Zorganizowałem go od podstaw i w 2000 roku wygrałem kolejny konkurs na stanowisko już dyrektora. W kwietniu 2003 roku - nie ukrywam, że ku mojemu zaskoczeniu -dostałem propozycje od obecnego prezydenta miasta objęcia stanowiska sekretarza, na które powołała mnie Rada Miasta. Przed stworzeniem Wydziału Komunikacyjnego przejechałem kilka tysięcy kilometrów po Polsce własnym samochodem i na własny koszt z kamerą filmową i dyktafonem, chcąc znaleźć modelowe rozwiązania zarówno architektoniczne jak i organizacyjne. Bazowałem na doświadczeniach z organizacją wydziału w Berlinie. Doszedłem do wniosku, że forma przypominająca salę operacyjną banku będzie bardzo korzystna dla klientów, których, akurat w tym wydziale nigdy nie brakowało i nie brakuje. Uznałem, że praca powinna być przejrzysta. Dlatego też każdy urzędnik, łącznie z dyrektorem powinien być obserwowany przez mieszkańców. To już jakiś element "Przejrzystej Polski", hasłowo dużo późniejszej. Nawet pokój dyrektora jest przeszklony, a żaluzja zostaje zasłonięta tylko wówczas, gdy są rozpatrywane sprawy indywidualne, wymagające ochrony danych osobowych.
- A co pan lubi robić w życiu osobistym?
- Lubię przyrodę, wyjazdy w góry, czasami z dobrą książką. Nie będę krył, że żona się uśmiecha ze zrozumieniem, gdy jest to książka fachowa. Spokój mnie odpręża. Moją pasją jest jazda samochodem. Lubię prowadzić.
- Co by pan zmienił, usprawnił w samej pracy prezydenta? Przyglądał się pan z bliska tej robocie przez trzy lata.
- Nie ma dwóch takich samych ludzi. Wiele rzeczy chciałbym robić zupełnie inaczej.
- Mówi się coraz częściej, że skuteczny gospodarz miasta, to nie urzędnik, a menadżer, który powinien miasto traktować jak przedsiębiorstwo.
- Zgadzam się. To jest przedsiębiorstwo, w którym trzeba zyskać akceptację dla swoich działań nie tylko pracowników, ale przede wszystkim mieszkańców. W przedsiębiorstwie prywatnym, można zarządzać autokratycznie, tu trzeba mieć wsparcie lokalnej społeczności, trzeba pozyskać ludzi do swoich idei, pomysłów. Zwróciłem się właśnie do mieszkańców z hasłem "ożywimy miasto razem". Uważam, że podstawowym czynnikiem sukcesu każdej organizacji są ludzie. Nowy Sącz ma ambitnych ludzi. Jest bardzo wielu sądeczan doskonale przygotowanych do pracy dla miasta i dla siebie. Trzeba im stworzyć warunki, zachęcić do współuczestniczenia w życiu miasta, czy wręcz do powrotu tutaj. Wielu się zamyka w domach przed telewizorem, ogarnia ich nawet apatia, zniechęcenie. Ważny jest klimat miasta, dobra przyjacielska atmosfera. Różnice poglądów nie muszą oznaczać awantur i kłótni.
- Taki fatalny przykład szedł z ratusza. Stagnacja wśród awantur, kłótni, walki podjazdowej. Czy potrafiłby pan sobie ułożyć współpracę z radą?
- Odpowiada na to przykład mojej dotychczasowej pracy. Nie byłem atakowany przez radnych, którzy wiedzieli, że muszę często reprezentować interesy i poglądy kierownika urzędu. Uważam, że umiem z ludźmi rozmawiać. Szanuję ich poglądy, a jeśli są inne, nie budzą we mnie żadnej agresji.
- Nie powiodło się wiele zamierzeń. Nie zrealizowano choćby w części planów rewitalizacji starego miasta, nie mogą się przebić inwestycje komunikacyjne, olbrzymim problemem jest bezrobocie i ucieczka młodych wykształconych ludzi. Staje pan więc przed ogromnymi wyzwaniami, oczekiwania ludzi po nowej władzy w mieście są ogromne. Jaki pan ma pomysł na to miasto?
- Nie możemy wiecznie oglądać się w tył i krytykować poprzedników. Jedne rzeczy wychodzą lepiej, inne gorzej. Musimy się skupić na przyszłości.
- Czyli na czym?
- Jesteśmy znani w Polsce z zaradności. Trzeba przyciągnąć tu za wszelką cenę inwestorów i sprawić, by Sącz był bliżej świata.
- No właśnie. Wraca jak bumerang problem dróg, także w mieście, sprawa Starej Sandecji, bulwarów nad Kamienicą, ofert, z których zrezygnowaliśmy. Inne miasta nie śpią. Biją się o środki, kuszą terenami do budowy, robią wszystko, by się pokazać marketingowo. Jeśli już w coś inwestują, to ma być najlepsze, największe, bo to się zwraca od tych, którzy przyjadą skorzystać i zostawią pieniądze.
- Bardzo ważne jest przygotowywanie ofert inwestycyjnych, reklamy naszego miasta i jego walorów. Nie wolno dopuszczać do takiej sytuacji, że przedsiębiorca zainteresowany naszym miastem, wyjeżdża stąd po paru godzinach i nie wraca. W grę wchodzą czasem różne interesy. Jedni chcą markety, inni wolą Maślany Rynek. Trzeba to wypośrodkować. Najważniejsza jest zasada zrównoważonego rozwoju. Nie możemy zapomnieć o żadnej grupie mieszkańców. Inne są potrzeby Starego Miasta - takie jak między innymi, konieczność bardzo szybkiego powstania miejsc parkingowych oraz cały proces rewitalizacji - innych dużych osiedli mieszkaniowych.
- Grodzka Spółdzielnia Mieszkaniowa upomina się o swoje miejsce w mieście. Spółdzielcy chcą być partnerami.
- Jestem członkiem Grodzkiej Spółdzielni Mieszkaniowej. Wychowałem się w blokach, znam problemy ludzi z blokowisk i zdaję sobie sprawę, jakie są ich bolączki. Mieszkańcy naszych osiedli spółdzielczych stanowią integralną część społeczności miejskiej. Brakuje placów zabaw, ludzie nie czują się bezpiecznie, męczy ich hałas i zanieczyszczenie powietrza, mają problem z zachowaniem czystości, wywożeniem śmieci, z wysokimi cenami energii i różnych innych opłat, w tym kosztami zależnymi od firm komunalnych.
- Co trzeba zrobić, żeby to miasto wreszcie ożyło, przestało być przystankiem w drodze do uzdrowisk?
- Dać szansę inwestorom poprzez na przykład stworzenie filii krakowskiej specjalnej strefy ekonomicznej, przygotowanie terenów pod parki przemysłowe, uzbrojenie terenów, zbudowanie z podmiotami zewnętrznymi systemu pomocy publicznej dla inwestycji. Można pozyskać nawet połowę środków.
- Czy pan jest na tyle odważny, by stawić czoła nawykom, tendencjom zachowawczym, trzymaniem wszystkiego dla wnuków?
- Takiej odwagi potrzeba dla miasta. Nie będę się bał korzystać z przepisów o partnerstwie publiczno-prywatnym. Jeśli my odepchniemy inwestorów, wybudują z innymi. Musimy robić wszystko, by młodzi bezrobotni zamienili przymus wyjazdu na prawo wyboru. Trzeba równocześnie inwestować w rozwój systemu edukacji. Uważam, że możemy u siebie kształcić innowacyjnie, ustawicznie i połączyć ten system z kształceniem zawodowym. Nowy Sącz powinien być miastem edukacji. Można tu ściągnąć ludzi realizujących określone programy edukacyjne. Nic nie stoi na przeszkodzie, by tu w przyszłości robiło się doktoraty.
- Reklamować miasto nie wystarczy, trzeba tu jeszcze dojechać.
- Musimy stworzyć lobbing ze starostą powiatowym i przedstawicielami w wojewódzkim samorządzie, by zrealizować obwodnicę północną przy współpracy z sąsiednią gminą. Jesteśmy liderem naturalnym, ale nie możemy się wywyższać ponad pozostałe gminy. Dokumentacja obwodnicy południowej jest także bardzo ważna. Musimy walczyć wspólnie o przebudowę drogi Brzesko - Nowy Sącz - Krynica - Muszynka na nowe towarowe przejście na Słowację. Trzeba odwrócić rolę, żeby to nie do Krakowa można było szybko dojechać, ale do nas.
- Wielu ludzi myśli z troską o losie kultury i sportu.
- Bardzo ważna jest współpraca z instytucjami, które specjalizują się w organizacji przedsięwzięć kulturalnych, takimi jak MCK "Sokół", wszystkich miejskich instytucji kultury. Trzeba wprowadzić projekt artystyczny "Ulice" popularny w innych miastach, które dzięki niemu ożywają w sezonie wiosenno-letnim. Mieliśmy "Bursztynowy szlak", który dawał szansę pokazania się wszystkim placówkom z tym, co robią. W czasie wakacji internaty stoją puste. Uważam, że przy małym nakładzie środków pomocy chętnych sponsorów, można ściągać młodych artystów, którzy za pobyt w Nowym Sączu mogą działać artystycznie. Mam tu na myśli teatr uliczny, rzeźbę, obrazy, tak jak to jest w Krynicy czy w Krakowie.
- Przy okazji starań Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej o instytut sportu, pojawiła się wizja zjednoczenia ruchu sportowego w mieście.
- Widzę to pozytywnie jako mediator. Musi być wola klubów i uczelni. Jako miasto musimy wesprzeć uczelnię, bo nie mając terenu, nigdy nie będzie mogła aplikować o środki i rozwijać się.
- W poprzedniej kadencji upadła ciekawa koncepcja powołania rady prezydenckiej złożonej z niezależnych fachowców z różnych dziedzin.
- Jesteśmy skażeni specyfiką pracy urzędników, choćby najlepszych. Trzeba odwoływać się do ludzi niezależnych. Mają czasem z pozoru szalone pomysły, które okazują się niezwykle odkrywcze. Jestem pewien, że razem uda nam się zrobić wiele.
Rozmawiał: Wojciech Chmura , "Dziennik Polski" 2006-11-07
Autor: ea