Granat jest odbezpieczony
Treść
Rozmowa z Marianem Kuczajem, prezesem Okręgowego Związku Piłki Nożnej w Nowym Sączu
Powrócił Pan właśnie z posiedzenia zarządu Małopolskiego Związku Piłki Nożnej. Trudno nadążyć nad coraz to nowymi skandalami i sensacjami mającymi miejsce w krajowym futbolowym świecie, tymczasem wygląda na to, że w Polsce południowej panuje niczym niezmącony spokój. Czyżby w naszych stronach - mam również na myśli okręg nowosądecki - mieszkali wyłącznie krystaliczni działacze i sędziowie?
- Aż tak dobrze to nie jest. W każdym środowisku, nie tylko sportowym, rodzą się czarne owce. Byłoby więc dziwne, gdyby takowe nie znalazły się również w piłkarskim kręgu Małopolski i Nowosądecczyzny. Myślę, że tematu tego dotkniemy w dalszym ciągu naszej rozmowy. Rozpocząć ją bowiem chciałbym od czwartkowego spotkania w Krakowie. Otóż na 10 marca zaplanowaliśmy zjazd MZPN, podczas którego wybrani zostaną delegaci na zgromadzenie PZPN.
Małopolska twardo obstaje przy dotychczasowym zarządzie Polskiego Związku Piłki Nożnej?
- Opinie są podzielone. Jedni uznają rację wciąż aktualnych władz, inni rozumieją pobudki kierujące postępowaniem ministra Lipca. Brakuje, podobnie jak w ogólnopolskim środowisku, porozumienia, a próby osiągnięcia kompromisu są mało skuteczne, jak dotąd skazane na niepowodzenie.
A jakie jest Pańskie stanowisko w tej materii?
- Zaznaczam, że jest to wyłącznie moja prywatna opinia. Osobiście uważam, że prezes Michał Listkiewicz powinien wcześniej podać się do dymisji, co pozwoliłoby zarządowi na spokojne dalsze działanie. Aż do zjazdu. Tymczasem obowiązuje obecnie zasada: poczekajmy, samo się to wszystko jakoś ułoży. Obawiam się jednak, że są to tylko pobożne życzenia. Na razie można odnieść wrażenie, że PZPN nie szanuje ministra, minister nie szanuje PZPN, a obydwie strony nie szanują FIFA i UEFA.
Kto, Pańskim zdaniem, jest najwłaściwszym kandydatem na szefa polskiej piłki?
- Henryk Kasperczak, bez dwóch zdań. To człowiek na wskroś uczciwy, nieskalany żadnym skandalem, obdarzony wielką charyzmą i kulturą osobistą. Przy tym światowiec, ale znający również od podszewki realia polskiego futbolu.
A inni kandydaci, którzy dotąd się ujawnili? Roman Kosecki?
- Nie, zdecydowanie nie.
Zbigniew Boniek?
- Można by się zastanowić. Osobiście nie darzę go sympatią, denerwuje mnie tupet i arogancja świetnego kiedyś piłkarza, ale trzeba mieć szacunek dla jego osiągnięć. I wziąć pod uwagę świetne międzynarodowe układy.
Grzegorz Lato?
- Nie ten charakter. Jest zbyt miękki.
Ryszard Czarnecki?
- Tego by tylko brakowało. Dość już mamy mieszania się polityki do sportu.
Uzbrójmy się więc w cierpliwość i przejdźmy do spraw bliższych naszemu nowosądeckiemu środowisku. Czy wy - działacze - nie obawiacie się, że wrocławska prokuratura i tutaj zaglądnie?
- Nie, nie ma takiej obawy. Wręcz przeciwnie. Czujemy się wciąż przez centralę lekceważeni. Ludzie w stolicy postępują tak, jak gdyby nie wiedzieli, że polski futbol zasadza się na pracy właśnie w tzw. terenie. To przecież z prowincji rekrutuje się 75 procent obecnych reprezentantów kraju. Tutaj pracuje się najciężej.
Przed objęciem funkcji prezesa OZPN był Pan drugoligowym sędzią piłkarskim, później obserwatorem spotkań, także ekstraklasy. Czy wśród aresztowanych za korupcję znalazły się osoby, które znał Pan osobiście? Pozbawienie wolności której z nich wywołało u Pana największe zaskoczenie?
- Najbardziej spektakularne było oczywiście zatrzymanie Wita Żelazki, który nie tylko sędziował kiedyś mecze, ale z telewizyjnego okienka wytykał błędy swym młodszym kolegom. Mną jednak najmocniej wstrząsnęło aresztowanie Antoniego Fijarczyka. Jego oraz też zatrzymanego Grzegorza Kasperkowicza poddawałem swej ocenie jako obserwator. I właśnie Fijarczyk jawił mi się jako wzór nie tylko sędziego, ale i człowieka. Przez głowę by mi nie przeszło, by mógł maczać palce w brudnych interesach. A jednak. Zresztą, cóż będę pana okłamywał: większość sędziów, którym zarzuca się korupcję, rzeczywiście znam osobiście. I niemal w każdym przypadku z trudem przyjmuję do wiadomości, że ludzie ci dawali się przekupić.
Co sprawiło, że właśnie środowisko sędziowskie okazało się takie zdegenerowane?
- Nie można winić wyłącznie sędziów. Przecież sami tej korupcyjnej machiny sobie nie wymyślili. Najbardziej winni są działacze, którzy zapalili zielone światło dla ustalania wyników spotkań przy pomocy pieniędzy. Właśnie słowo "pomoc" ma w tym przypadku kluczowe znaczenie. Nigdy nie mówiło się o sprzedaży czy kupnie punktów. Obowiązywało pojęcie "pomoc". Trudno o większy cynizm i obłudę. Nie chciałbym jednak, by ktoś pomyślał, że środowisko arbitrów jest takie "cacy". Intrygi działaczy nie miałyby sensu, gdyby nie trafiły na podatny grunt. Winy muszą być dlatego "sprawiedliwie" porozdzielane.
Pan, jako sędzia, później obserwator, nie ma sobie nic do zarzucenia?
- Nic, absolutnie nic. W roli sędziego delegowany byłem na spotkania rozgrywane na tzw. ścianie wschodniej, gdzie istniały raczej ubogie kluby, bez wygórowanych ambicji. Pieniędzy mi więc nigdy nie proponowano. Bywało natomiast, że przed meczem przychodzili działacze, prosząc: - Niech nam pan pomoże, nie pożałuje tego. Wskazywałem natychmiast klientom drzwi, żądając opuszczenia pomieszczenia i mówiłem; - Grajcie tak, żeby wygrać, nie szukajcie wsparcia u sędziego. Z reguły jednak prezesom czy kierownikom drużyn zależało na tym, bym prowadził zawody obiektywnie. Ale do tego nie musiano mnie namawiać. Zdarzały się też ze strony przedstawicieli Wydziałów Sędziowskich poszczególnych okręgów próby wpłynięcia na mnie, już jako obserwatora, bym zawyżył notę wystawioną danemu sędziemu.
Dawał się Pan przekonać?
- Raz jedyny podniosłem notę arbitrowi o 0,2 pkt. Ale uczyniłem to po ponownym przeanalizowaniu meczu. Sam wówczas doszedłem do wniosku, że sędziemu należała się wyższa ocena. Miały miejsce i odwrotne sytuacje. Przypominam sobie niedawny czwartoligowy mecz w Witowicach Dolnych. Pewnemu rozjemcy z Krakowa wystawiłem właściwie dyskwalifikującą go notę 6,5 pkt. Co ciekawe, nikt o tak niską ocenę nie zgłaszał wówczas pretensji. A pod koniec sezonu ze zdumieniem dowiedziałem się, że ten naprawdę słaby, przy tym niegrzeczny arbiter awansowany został do III ligi.
Znane są Panu konkretne przypadki nieuczciwości sędziów w okręgu nowosądeckim?
- Niestety, znane. Ze stuprocentową pewnością wiem, że na co dzień mam do czynienia z czterema, pięcioma arbitrami biorącymi kasę. Najsmutniejsze jest to, że wśród podejrzanych znajdują się także rozjemcy młodzi, na praktyki których starsi koledzy patrzą z tolerancją. Nazwisk oczywiście podać nie mogę. Mam związane ręce. Cóż z tego, że przyjdzie do mnie jeden czy drugi działacz i poskarży się, że sędzia zażyczył sobie gotówkę, skoro za żadne skarby nie chce tej skargi złożyć w formie pisemnej. To najbardziej człowieka wkurza. Przykład? W jednym ze spotkań okręgówki arbiter za "wydrukowanie" wyniku krzyknął tysiąc zł. Doskonale wiem o kogo chodzi, nic jednak zrobić nie mogę. Nie ma dowodów. Znam też klub, który otoczył się wianuszkiem własnych sędziów, nie pozwalających uczynić mu krzywdy. I w tym wypadku nikogo za rękę nie złapałem. Pozostaje mi czekać aż ktoś wreszcie przerwie ten zaklęty krąg milczenia i podeśle mi jakąś podpisaną przez siebie karteczkę z nazwiskiem przekupnego delikwenta. Sędzia zostanie natychmiast zdyskwalifikowany, a sprawa zgłoszona do prokuratury. Uczynię to bez wahania, jak powtarzam, natychmiast. Na razie jestem wszak bezsilny.
Zdarzały się przypadki, by sędziowie bezinteresownie faworyzowali którąś z walczących na boisku stron?
- Bezinteresownie może nie, ale za alkohol już tak. Kiedyś, podczas meczu w jednej z podsądeckich miejscowości, pewien sędzia był tak pijany, że w trakcie gry zgubił gwizdek. Szukali go zarówno piłkarze, jak i ludzie z trybun. Gwizdek w końcu się odnalazł, ale arbitra czekało zawieszenie. Odsiedział karę, obecnie nadal sędziuje i, z tego co wiem, unika alkoholu. Przynajmniej przed meczem. Znam również "sprawiedliwego", który zaraz po wejściu do szatni domaga się od gospodarzy alkoholu i sutego posiłku, bo, "jak wy to, na sucho mecz chcecie wygrać?"
Ile trzeba zapłacić za "wydrukowanie" zwycięstwa?
- Różnie, w zależności od wagi meczu i klasy rozgrywkowej. Mogę podać obowiązujące cenniki za przypilnowanie awansu do ligi wyższej. W klasie B kosztuje to 500-700 zł, a klasie A - 900 zł, zaś w okręgówce - już 1500 zł.
Nie próbował Pan prywatnych rozmów z tymi nieuczciwymi sędziami? Może należało się posunąć do prowokacji?
- Zastanawiałem się i nad jednym, i nad drugim. Doszedłem jednak do wniosku, że zastosowanie którejś z tych metod mogłoby cień podejrzenia rzucić również na mnie. Formalnie karany jest przecież i ten, kto usiłuje wręczyć łapówkę. Gdyby przynęta chwyciła, musiałbym się tłumaczyć, że to była tylko prowokacja, nie autentyczna chęć przekupstwa. Jeśli natomiast chodzi o rozmowy w cztery oczy, to jakiż one mogą przynieść skutek, jeśli ten czy ów głośno przechwala się, że dostał pieniądze za ustawienie danego meczu? Na dodatek cieszy się wyjątkową sympatią w środowisku, jest lubiany, bo ma szeroki gest. Świadczy to tylko o tym, jak bardzo ci nieuczciwi czują się nietykalni.
To co, mamy się potulnie godzić, by tabele tworzyli bogatsi działacze i przekupni sędziowie? Gdzie w tym układzie miejsce dla naiwnych kibiców?
- Nie można uogólniać. Zdecydowana większość spotkań toczy się przecież zgodnie z duchem fair play. Oceniam, że w gronie dwustu zarejestrowanych w okręgu sędziów piłkarskich, tylko jakieś 15 procent brało kiedyś łapówki. Poza tym mam nadzieję, że po spodziewanych zmianach w PZPN, wyczyszczeniu środowiska z tych czarnych owiec, ludzie zrozumieją, że po prostu nie opłaca się kupczyć punktami, szukać sprzymierzeńców w sędziach.
Jest Pan wyznawcą teorii, że boiska w Polsce należy zaorać, a budowę piłkarstwa rozpocząć na ściernisku, od podstaw?
- Nie, w żadnym wypadku boisk nie wolno likwidować. Powtarzam raz jeszcze: w futbolu działają również autentyczni pasjonaci, ludzie uczciwi, częstokroć bezinteresownie, z miłości do rodzinnej miejscowości czy sportu w ogóle, pompujący w swoje kluby własne, ciężko zarobione pieniądze. Te natomiast osoby, które liczą na łatwy, nieczysty zarobek muszą mieć świadomość, że sankcje, jakie im za tę nieuczciwość grożą są bardzo poważne. Przestrzegam: granat jest odbezpieczony, bomba zegarowa już tyka. I w każdej chwili może eksplodować.
ROZMAWIAŁ: DANIEL WEIMER, "Dzienik Polski" 2007-02-05
> warto wiedzieć
Marian Kuczaj
Ur. 15 sierpnia 1948 w Mostkach k. Starego Sącza. Jako piłkarz występował w LZS Mostki, dwukrotnie będąc królem strzelców ligi wiejskiej oraz w Sokole Stary Sącz, wywalczając z tą drużyną awans do krakowskiej klasy A. Sędzią piłkarskim został w r. 1972. W latach 1976-1986 prowadził jako arbiter główny ok. 60 zawodów drugoligowych. Od r. 1986 jest obserwatorem spotkań I i II ligi. W czerwcu 2006 r., po nagłej śmierci Adama Siei, wybrany został prezesem Okręgowego Związku Piłki Nożnej w Nowym Sączu. W latach 1986-98 był dyrektorem Zespołu Szkół i Technikum Leśnego w Starym Sączu. Od 1998 do 2002 r. pełnił godność burmistrza Starego Sącza, podejmując w swym mieście m.in. Ojca Świętego. Obecnie jest radnym powiatowym.
Autor: ea