Jestem człowiekiem pokornym
Treść
Rozmowa z Jerzym Gwiżdżem, kandydatem na prezydenta Nowego Sącza
- Po co Panu ten kłopot?
- Wiele osób mnie o to pyta, ale nie traktuję mojego startu w wyborach w takich kategoriach. Dla mnie to po prostu wyzwanie, bo wiem, jak wiele trzeba zrobić, aby to miasto stało się lepsze. Najładniej powiedział to doktor Stanisław Długopolski - szef mojej kampanii, na naszej konwencji wyborczej: musimy robić tak, żeby sądecka babcia nie musiała przytulać zdjęcia swojego wnuka urodzonego na emigracji.
- Jaki zatem będzie Pański pierwszy ruch jako prezydenta, żeby tak nie było?
- Powołam Radę Autorytetów, zrobię bilans otwarcia kadencji i biorę się za robotę. Wiem jak funkcjonuje urząd i służby miejskie i wprowadzę takie zmiany, które powinien szybko odczuć każdy, kto tu mieszka, pracuje czy studiuje. Inaczej trzeba też działać wobec tych, którzy mają do Nowego Sącza przyjechać, by wzbogacić go intelektualnie, kulturalnie i materialnie.
- Ładnie i wzruszająco zabrzmiał przykład z babcią tęskniącą za wnukiem na emigracji. Dobrze jednak wiemy, że brak miejsc pracy nie jest problemem lokalnym i nikomu dotychczas nie udało się go kompleksowo rozwiązać na poziomie miasta, bo rynkiem pracy rządzą mechanizmy niezależne od prezydenta miasta.
- Tak, ale gdzieś musi być początek rozwiązywania tych problemów, bo nie wszystko zależy od centrali. Proszę popatrzeć na inne kraje, w których stolicach się kłócą. Choćby Włochy, przez które ciągle przetaczał się jakiś kryzys polityczny, a kraj się mimo to świetnie rozwija. W skali miasta też można uruchomić mechanizmy ułatwiające życie mieszkańcom, np. w urzędzie będzie to wprowadzenie stałego referenta - pilota opiekującego się jednym petentem od początku do końca załatwiania jego sprawy.
- Deklaruje Pan, że chce coś zrobić dla tego miasta, a nie odpowiada Panu wygodna sytuacja, w której jest Pan postrzegany jako kawałek najnowszej historii Nowego Sącza?
- Musielibyśmy żyć w bardzo bogatym państwie, które świadomie rezygnowałoby z doświadczenia 50-latków, np. generałów, burmistrzów, wójtów i odsyłało ich na emeryturę. Tak być nie może. Jestem w najlepszym wieku do sprawnego zarządzania, bo łączę doświadczenie życiowe z takim momentem w życiu, kiedy człowiek nie jest wypalony, a może jeszcze niejedną górę zdobyć. Ale 52 lata to jeszcze lepszy wiek
- Czyli kilkanaście lat temu, kiedy był Pan prezydentem miasta, był Pan za młody?
- To też dobry wiek na takie stanowisko.
- W tym momencie dostarcza Pan punktów swojemu konkurentowi 39-letnimu Piotrowi Lachowiczowi.
- Ale ja w życiu publicznym nie dzielę ludzi na młodych i starych, tylko na mądrych i głupich oraz takich, którzy kierują się szczerymi bądź nieszczerymi intencjami. Władza samorządowa, jak każda władza, to jest pewna misja. Nie można na to patrzeć tylko w ten sposób, że "ja będę ważny i będę coś z tego miał". Należy sobie raczej zadać pytanie - ile ja z siebie na tym stanowisku dam, żeby pensja, którą pobieram była zrekompensowana odpowiednim wkładem pracy i efektami.
- Szesnaście lat temu był Pan niesiony entuzjazmem nowych czasów, dzięki któremu można było góry przenosić. Nie obawia się Pan, że teraz Panu zabraknie tego atutu?
- Nie jestem osobą, która krytykuje wszystkich i wszystko co było w Sączu przed moją prezydenturą. Ja nie krytykuję eksperymentu sądeckiego. Niestety jest tak, że ludzie z zewnątrz potrafią bardziej docenić to, czego niektórzy z nas nie potrafią dostrzec. Mam tu na myśli przepychankę sprzed kilku dni, kiedy człowiekowi tak zasłużonemu dla Nowego Sącza jak Janusz Pieczkowski odmówiono nadania imienia ulicy.
Jeden z sądeckich radnych - nie wiem, czy on czyta książki - odwołał się przy tej okazji do przykładu autora "Blaszanego bębenka" Güntera Grassa porównując jego przeszłość wojenną do działalności Janusza Pieczkowskiego jako współtwórcy eksperymentu sądeckeigo. To jakieś totalne nieporozumienie. Niedawno przecież Piotr Naimski - sekretarz stanu w rządzie Jarosława Kaczyńskiego, podczas nadania jak najbardziej zasłużonego honorowego obywatelstwa miasta Krzysztofowi Pawłowskiemu powiedział, że eksperyment sądecki był pewnym przejawem sprzeciwu wobec systemu socjalistycznego. Po mojej prezydenturze też się coś dobrego działo w tym mieście i coś się zmieniło. Natomiast według mnie zmieniło się za mało. Za wolno idziemy do przodu. "Czas nas wyprzedził" - tu przywołuję kolejny cytat doktora Długopolskiego, który jest bardzo mądrym człowiekiem. To trzeba nadrobić, bo nie wykorzystujemy w pełni faktu, iż należymy do Unii Europejskiej, choćby dlatego, że nie mamy odpowiedniej kadry.
- Tak się składa, że za złe, czy tylko niezadowalające wykorzystanie środków unijnych w Nowym Sączu jest odpowiedzialna Zofia Pieczkowska, czyli Pańska koleżanka z Sądeckiego Dialogu.
- Nikogo nie chcę usprawiedliwiać. Trzeba zwrócić uwagę, jak się rozdziela te środki unijne. Te kwestie trzeba umieć, przepraszam za określenie -załatwić. Trzeba to jednak zrobić inteligencją. Trzeba rozmawiać, bywać, lobbować. Jak cię wyrzucą drzwiami, trzeba wejść oknem.
- A jak Pan to zrobi, bo w Krakowie środki będą dzielić ludzie należący do konkretnych partii, a Pan akurat idzie do wyborów bez partyjnego zaplecza.
- I to jest mój atut, że nie mam żadnej politycznej etykiety. Mam swoje poglądy i one są prawicowe. Gdybym został wybrany, byłbym prezydentem prawicy, środka i lewicy - całego miasta. I to jest zasadniczy argument, bo ja mogę pójść do każdego w każdej sprawie.
- Powiedział Pan, że jest kandydatem prawicowym, tymczasem w tych wyborach popierają Pana głównie trzy lewicowe partie.
- Przepraszam wszystkie partie, ale bardziej od poparcia partii interesuje mnie poparcie ludzi. Dam przykład: Andrzej Muzyk, członek Platformy Obywatelskiej jest w moim honorowym komitecie. Są ze mną również członkowie partii obecnie rządzących. Mnie nie chodzi o to, czy mnie popiera strukturalna prawica albo lewica, mnie interesują ludzie - mieszkańcy Nowego Sącza. Startuję w Nowym Sączu - dla wszystkich, od prawicy do lewicy. Sącz nie jest ani biały, ani czerwony, on jest biało-czerwony. Jak sobie można wyobrazić zgodę w zróżnicowanej politycznie radzie, przy zdeklarowanym politycznie prezydencie? Wiele razy już prosiłem - nie przenośmy Warszawki do Nowego Sącza.
- Złośliwi zaraz Panu zarzucą koniunkturalizm polityczny. W partiach Pan już był?
-... przecież my ciągle jesteśmy w Polsce na etapie budowania struktur partyjnych. I nie ma dzisiaj polityków, którzy by należeli w swojej karierze do jednej partii. Czy Rokicie ktoś wypomina do ilu partii należał? A Kaczyńscy byli w jednej partii? Ja przestałem być w partii, kiedy obudziłem się pewnego ranka i przeczytałem w gazecie, że jestem wiceprzewodniczącym rady politycznej partii, która powstała z połączenia SKL-u i PChD. Wówczas powiedziałem "stop". To był taki czas, że często budziliśmy się w innych partiach niż te, w których zasypialiśmy wieczorem. Kiedy zmienia się rzeczywistość społeczno-polityczna ewoluują partyjne szyldy i poglądy. Byłem i jestem człowiekiem prawicy. W Nowym Sączu jestem człowiekiem tego miasta. Bardzo się cieszę, że popierają mnie ludzie o różnych poglądach, ale pytam innych kandydatów - niech mi wskażą komitet, w którym nie ma byłych pezetpeerowców. Są w różnych komitetach byli komendanci policji z czasów peerelu. Są ludzie, którzy handlowali dolarami na Jagiellońskiej, co kiedyś było przestępstwem, a dzisiaj jest nazywane przedsiębiorczością. Dlatego proszę mi nie zarzucać, że tak różni ludzie są w moim komitecie, bo tak miało być.
- Jak Pan skomentuje fakt, że nazwiska Pańskich związkowych kolegów sprzed lat - Budnika, Cichońskiego i Wyskiela - znalazły się w różnych publikacjach na listach współpracowników SB?
- W ogóle tego nie skomentuję. Bo nie jestem od komentowania takich spraw. Swoich kolegów się nie wyrzekam. Proszę jednak zwrócić uwagę, że dzisiaj najwięcej do powiedzenia o innych mają ci, którzy w latach osiemdziesiątych publicznie nie istnieli. Dzisiaj odwaga jest bardzo tania. W roku 1980 i 1981 była bardzo droga. Dzisiaj każdy może mówić wszystko, ale najwięcej mówią ci, którzy wówczas odwagą nie grzeszyli. Dlatego jestem daleki od mówienia o kimś tego, czego nie jestem pewiem, albo nie wiem.
- A jak Pan ocenia kończącego urzędowanie prezydenta Józefa Wiktora?
- Mam wiele szacunku dla wszystkich swoich następców. Naprawdę nie jestem człowiekiem, który krytykuje wszystkich za wszystko. W tym, co się działo w tej kadencji, brakowało mi ekspresji i pomysłu na przyszłość, ale rozumiem też sytuację jaka miała miejsce pomiędzy prezydentem a radą. Nie będziemy mieli już gorszej rady w Nowym Sączu niż ta, która kończy kadencję. Ta rada zapomniała od czego jest. Ona była bardziej od polityki niż od samorządności. To była rada działająca na przekór komuś, a na pewno nie za miastem.
- Czyli, Pańskim zdaniem, wina za słabą kadencję leży wyłącznie po stronie rady, prezydenta?
- Nie. Brakowało dialogu. Mocno podkreślam znaczenie dialogu. Jego sens polega na tym, że różniący się ludzie szukają kompromisu i porozumienia. Ze strony prezydenta zabrakło chęci do dialogu, a ze strony rady w ogóle jej nie było. W tej sytuacji zdecydowałem się odejść do konkretnej pracy dla mieszkańców.
- Wielu odczytało to jako asekuracyjny ruch z Pańskiej strony - lepiej dla prezesury miejskiej spółki zrezygnować z mandatu.
- Jestem człowiekiem odpowiedzialnym. Życie ma się jedno i czas dany do pracy jest też jeden - trzeba go sensownie wykorzystać. Jestem człowiekiem twórczym i szkoda mi czasu na sytuacje: "mówił dziad do obrazu, a obraz do niego ani razu".
- Powiedział Pan, że ma szacunek dla swoich następców. Proszę zatem powiedzieć kilka ciepłych zdań o prezydencie Andrzeju Czerwińskim.
- W zasadzie nie zawalił żadnej inwestycji, które ja rozpocząłem w latach 1990-94, a więc poprowadził to, co było ważne. Co zawalono? Zniszczono w dużej mierze duszę Nowego Sącza. Jesteśmy jednym z niewielu miast w Polsce, gdzie centrum jest puste. Były próby przywracania tam życia - nieudane.
- Czy jako prezydent przy doborze kluczowych współpracowników będzie się Pan dogadywał z radą, czy oprze się raczej na autorskim projekcie?
- Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której bym nie prowadził dialogu. Bez dialogu byłaby sytuacja taka jak jest obecnie: trafił uparty na upartego.
- Ale Pan też ma opinię człowieka upartego.
- Często się myli upartość z konsekwencją. Jeśli ktoś mnie przekona do swoich racji, to będę postępował lojalnie wobec tego, co zostało ustalone. Ale też nie daję się kiwać - to jest oczywiste, bo wiem, że główna odpowiedzialność spoczywa na prezydencie.
- Czyli Pan teraz powiedział: ok, dogadam się z każdym, byle na moich warunkach.
- Będę stał przy swoim, kiedy zobaczę, że moje argumenty są pewniejsze. A wracając do współpracowników: będę ich oceniał po efektach pracy. Weźmy np. marketing miasta - w takich sprawach na głowę bije nas Stary Sącz czy Krynica. Skoro więc prezydent odpowiada, to musi mieć prawo dobierania sobie osób.
- Ale akurat o dobór wiceprezydentów nie musi Pan pytać rady. Może więc Pan poda jakieś nazwiska?
- Jak zostanę prezydentem to je podam.
- Ale przecież Pan ma je już w głowie.
- Może, ale przecież to nie jest casting, tylko wybory. Mogę zapewnić, że będą to ludzie odpowiedzialni i fachowi. Mnie nie można jednej rzeczy odmówić, do której sam się zresztą przyznaję - ambicji. Chcę, aby, to co robię, miało trwały ślad, dlatego nie mogę się obstawić w pracy kimś, kto mi tego nie zapewni. U nas panuje pomylenie pojęć polegające na tym, że szef boi się mądrzejszych od siebie doradców. Natomiast na całym świecie jest tak, że się dobiera sobie ludzi mądrzejszych i sprzedaje ich złote myśli jako swoje. Ja bym chciał żeby ci, którzy będą ze mną współpracowali, byli ode mnie mądrzejsi.
- Czy zatem Zofia Pieczkowska będzie wiceprezydentem?
- Pani Zofia Pieczkowska jak zostanie wybrana, to będzie radną.
- Ale czy będzie wiceprezydentem?
- Nie jest tajemnicą, że wiceprezydenci się zmieniają wraz z przychodzącym nowym prezydentem. Tak będzie, też jak wygram wybory.
- Zaproponował Pan, by radni nowej Rady zrezygnowali z pobierania diet, co powszechnie skomentowano jako hasło populistyczne. To niech prezydent zrezygnuje z pensji - odpowiadano.
- Proszę nie mylić pojęć. Prezydent wykonuje pracę zawodową a radni społeczną. Ja rozumiem, że dieta ma rekompensować radnemu utratę części wynagrodzenia i wystarczyć na zupę oraz drugie danie, kiedy przedłużają się obrady. Ale niestety, dla niektórych radnych dieta jest podstawowym źródłem zarobków. Dlatego jest tak wiele komisji, żeby każdy mógł być przewodniczącym którejś z nich i podwyższyć podstawę swoich poborów. Tymczasem uważam, że bycie radnym to naprawdę zaszczyt. I żeby była jasność - suma wynagrodzeń radnych nie stanowi kwoty znaczącej w skali wydatków w budżecie miasta. Przed radnym jest do spełnienia społeczna misja: dobrego radzenia władzy wykonawczej, inicjowania ważnych przedsięwzięć i kontrola działań prezydenta w imieniu wyborców.
- Komentowano jednak, że to chwyt propagandowy z Pańskiej strony.
- Przecież zabiegałem o takie rozwiązanie wielokrotnie jeszcze kiedy byłem radnym.
- Negatywnie ocenia Pan odchodzącą radę, ale ponoć kilku obecnym radnym proponował Pan start ze swojej listy i odmówili.
- Niech Pan nie żartuje! A komu to proponowałem? To jest jakaś bajka, z serii bajek o mnie. Nikogo nie namawialiśmy, by startowali z naszej listy. Natomiast trzech, czterech aktywnych radnych o znanych nazwiskach, dość nachalnie wpychało się na listy "Sądeckiego Dialogu", ale nie byli oni do przyjęcia. Głównie dlatego, iż doświadczenia z przeszłości pokazują, że ważniejsze dla nich są własne sprawy, niż sprawy publiczne.
- Jak się Pan odniesie do takiej opinii, że równie mocno potrafi Pan zachwycić kogoś swoją osobą i równie szybko rozczarować.
- Bo nie jestem koniunkturalistą. Po prostu nie zmieniam zdania. Przychodzi ktoś do mnie i proponuje, że pomoże mi w kampanii. Zaczyna się bardzo miła rozmowa, ale w którymś kolejnym zdaniu on stawia warunek, żeby mu zatrudnić pociotka...
- I nigdy Pan nie poszedł na taki układ?
- U mnie nie ma czegoś za coś. Proszę zapytać w ratuszu moich byłych współpracowników i wszędzie, gdzie pracowałem. Nie znoszę takich układów. Co innego kompromis, bo on jest wynikiem dialogu. Moje wypowiedzi mogły się czasami nie podobać, ale jednego im nie można było odmówić: one zawsze były szczere.
- Można usłyszeć taką opinię, że zawarł Pan porozumienie z Kazimierzem Sasem, które mówi, że ten, kto wygra wybory, zrobi tego drugiego wiceprezydentem.
- Słyszałem już tyle przedwyborczych kombinacji, że ta kolejna sprawia, że tylko się uśmiecham.
- Jest Pan wyznawcą zasady - niech mówią o mnie dobrze czy źle, byle nazwiska nie przekręcali.
- Mnie zależy na mojej opinii i dobrym imieniu. Proszę mnie nie podejrzewać o brak pokory, ale gdybym kiedykolwiek został prezydentem RP, to na pewno nie włóczyłbym po sądach bezdomnego, tylko dlatego, że on coś złego o mnie powiedział.
- A nie brakuje Panu pokory?
- Wbrew temu, co wielu mówi, jestem człowiekiem pokornym, ale mam za to inną...
-... wadę?
-... cechę, bo wad mam mnóstwo i najlepiej mogłaby o nich żona powiedzieć. Jeśli coś mówię, to wiem co mówię i robię to w sposób pewny. Ludziom często brakuje tej pewności. Mówią: może się uda, a może się nie uda. Ja nie! Jeśli przystępuję do wyborów, to z pewnością i wiarą, że je wygram. A cóżby to był za kandydat, który mówiłby, że może wygra, a może nie wygra.
- Skoro o cechach osobowościowych Pan wspomniał. Ma Pan w genach władzę? Musi Pan zawsze być liderem - prezydentem, posłem, prezesem, przewodniczącym?
- Jestem spod znaku lwa i trudno mi sobie wyobrazić lwa, który siedzi cicho jak mysz pod miotłą. Uważam, że jeśli ma się coś do powiedzenia i jeśli ma się cechy osobowościowe pozwalające stanąć na czele ludzi chcących zrobić coś dobrego, to trzeba to wykorzystać. Powiem tu coś, czego nie mówiłem do tej pory - dwa razy odmówiłem prezydentowi Wałęsie czegoś, czego zwykle jednak polityk nie odmawia. Odmówiłem, bo nie czułem się kompetentny do objęcia funkcji, do której byłem namawiany. Ja wiem gdzie są granice moich możliwości i to co robię, robię w graniach moich możliwości.
- Dlaczego zaangażował się Pan kiedyś w pomoc w przejmowaniu sądeckich ZNTK przez Europejską Korporację Finansową Roberta Hamerlinga, który był oceniany jako niewiarygodny inwestor dla tego zakładu?
- Dziękuję za to pytanie, bo cztery lata temu to był hit wyborczy, który moi przeciwnicy wykorzystywali na wszystkie możliwe sposoby. Odpowiadam: nie zaangażowałem się w przejmowanie ZNTK przez EKF. Nigdy nie reprezentowałem w Nowym Sączu pana Hamerlinga.
- W powszechnej opinii był Pan jednak kojarzony jako przedstawiciel tego przedsiębiorcy.
- Każdy adwokat ma różnych klientów, ale sprawy jakie prowadziłem dla tego Pana nie dotyczyły jakiegokolwiek zakladu Nowego Sącza. Wykorzystywanie w kampanii czegoś, czego nie było i stosowanie pomówień, to chwyty poniżej pasa i teraz już sobie na to nie pozwolę. To był klasyczny czarny PR. Jeśli w tej kampanii pojawi się choć jedno podobne pomówienie, to nie będę na nie odpowiadał. Będą odpowiadać moi prawnicy. Jako prawnik i adwokat muszą powiedzieć zdecydowanie, że na temat moich klientów z żadnym dziennikarzem rozmawiał nie będę. Takie są zasady etyki adwokackiej.
- A jeśli ktoś Panu zada w tej kampanii pytanie, dlaczego Pan kupił córce mieszkanie, a potem wynajął je na biuro poselskie, to co Pan odpowie?
- To kolejne pytanie z serii bajek o Gwiżdżu... Pięć lat już nie jestem posłem. Ale to nie są dla mnie trudne pytania. Córka użyczyła mi, a nie wynajęła mieszkanie i nie pobierała za to publicznych pieniędzy. A lokal nie był tajny i opatrzony szyldem biura.
- I jeszcze na koniec raz o personaliach. Kiedyś rozstał się Pan z Krzysztofem Niewiarą, teraz znowu widać go w Pańskim sztabie wyborczym, a podobno od tygodnia pracuje on u Pana w Miejskim Przedsiębiorstwie Energetyki Cieplnej.
- Pracuje dłużej i robi to dobrze. Zajmuje się sprawami kontroli wewnętrznej, której wcześniej nie było. Jest świetnym fachowcem, doświadczonym prawnikiem. Z powodzeniem przez ostatnie lata pracował jako rzecznik konsumentów w Krakowie. Teraz jest kimś w rodzaju rzecznika sądeckich konsumentów ciepła.
- To dlaczego Pan się kiedyś z nim rozstał?
- Rozeszły się jego drogi z innymi osobami z lokalnych władz w latach 1990-94. Każdy ma prawo wyboru i pan Niewiara nie chciał pracować z pewnymi osobami, a ze mną akurat chciał jak wielu innych porządnych ludzi.
Rozmawiał Wojciech Molendowicz, "Dziennik Polski" 2006-10-16
Autor: ea