Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Każdy ma kaplicę w mojej świątyni

Treść

Rozmowa z Leszkiem Mądzikiem, twórcą Sceny Plastycznej KUL

- Za dwa lata Scena Plastyczna KUL będzie obchodzić 40 lat istnienia. Startował Pan pierwszymi próbami ożywionej plastyki "Ecce homo" i "Wieczerza" w okresie złotego wieku teatru studenckiego, w okresie najwspanialszych widowisk wrocławskiego Kalamburu, poznańskiego Teatru Ósmego Dnia, krakowskiego Teatru Stu z niezapomnianym "Sennikiem współczesnym". Po wielu scenach studenckich z tamtych lat nie zostało ani śladu. Inne zmieniły dawną poetykę. Pan jest wierny swojej do dziś. To fenomen.



- W mojej drodze od malarstwa do teatru żywego obrazu poszukiwałem języka, który najtrafniej przemawiałby do widza. Żłobiłem konsekwentnie przez lata kropla po kropli ścieżkę, która doprowadziłaby mnie do drugiego człowieka.

- Pamiętam, że wszyscy uczestnicy studenckich festiwali teatralnych w Lublinie zdawali sobie sprawę, że w teatrze rodzi się nowa wartość, od początku już bardzo dojrzała artystycznie, ale w tamtych czasach ze względu na swój rodowód z katolickiej uczelni nie miał pan szans na otrzymanie więcej niż wyróżnienia. Werdykt jury przy Pana nazwisku kwitowano śmiechem.

- Tak, przypominam sobie te chwile. Być może właśnie one utwierdziły mnie w słuszności obranej drogi.

- Pokazana w Nowym Sączu "Bruzda" wyłamuje się z nastroju mroku, narzucających się i zapadających w pamięć wrażeń plastycznych. Po raz pierwszy sam Pan bierze udział w spektaklu.

- Wie pan, to jest tak, że gdy się cały czas operuje mrokiem, jako kategorią nie tylko artystyczną, ale i filozoficzną, to przychodzi ochota na pokazanie czegoś w pełnym blasku, w pełnym świetle. To jest nawet dobre dla higieny myślenia twórczego. Jednak po tym doświadczeniu chcę powrócić do ciemności, do mroku. Ciemność jest przymiotem kosmosu, który oglądamy. Mrok, przez który widz musi się przebić, przyswoić go, powoduje, że staje się współautorem, poprzez uruchomienie jego wyobraźni, reakcję na różne impulsy płynące do niego z ciemności. Do kosmosu, który nie ma lat, włącza się poprzez swój czas.

- Mrok, nie musi być mrocznością intencji, czymś odpychającym, złym, niebezpiecznym, a przeciwnie, obszarem, gdzie się coś rodzi. Nie mam lęku, chodząc do Pańskiego teatru.

- Dobrze, że pan o tym wspomniał, bo często pojawiały się sugestie, że mój teatr jest pesymistyczny, przygnębia już samym nastrojem ciemności. Myślę, że to jakieś nieporozumienie. Jest w moim teatrze trud postrzegania go, ale też możliwość dotknięcia go i przeżywania wyobraźnią. Jest w nim wiara w dobro. Razem z widzem buduję za każdym razem świątynię i każdy ma w niej swoją kaplicę rozmyślań, kontemplacji, doznań i wzruszeń.

- Tytuły Pańskich przedstawień są jednowyrazowe. To hasła, pojęcia, z których wywodzi się ciąg skojarzeń.

- Tytuł jest jedynie pierwotnym impulsem, pierwszym komunikatem. Wokół niego buduje się powoli coś, co później zyskuje kształt spektaklu. Kształt teatru, który celowo ogranicza wszelkie nazwania, rezygnuje ze słowa, bo bywa ono bezradne w przekazaniu tego, co chce się drugiemu dać z siebie.

Rozmawiał: Wojciech Chmura , "Dziennik Polski" 2007-04-02

Autor: ea