Koperta w podróży
Treść
List wysłany z ulicy Jagiellońskiej na sąsiednią ulicę Kościuszki musi najpierw trafić do rozdzielni korespondencji w Krakowie, by, po zakwalifikowaniu go do odpowiedniego rejonu, mógł wrócić do Nowego Sącza. Tak w skrócie wygląda droga zwykłej koperty, która często dociera do adresata z dużym opóźnieniem.
Nie stanowi to problemu, jeśli w grę wchodzi zwykła korespondencja pomiędzy znajomymi czy członkami rodziny. Kłopot pojawia się w wtedy, gdy nadawca chce na przykład zaprosić odbiorcę listu na jakieś ważne wydarzenie, a informacja dociera do adresata kilka dni po imprezie. Gromy sypią się na pocztowców, gdy petenci oczekują z niecierpliwością na ważny dokument czy rachunek i każdy dzień zwłoki oznacza dla nich poważne konsekwencje administracyjne czy ekonomiczne. Dociekliwi klienci korzystający z usług Poczty Polskiej upatrują przyczyny wszelkiego zła we wprowadzonym jeszcze w latach 90. systemie rozdziału przesyłek, który opiera się na przerzuceniu ciężaru segregacji korespondencji do wielkich rozdzielni zlokalizowanych w największych miastach rejonu. Dla Nowego Sącza takim miejscem jest Kraków.
Bartłomiej Kierzkowski, rejonowy rzecznik prasowy Poczty Polskiej w Krakowie, tłumaczy, że to rozwiązanie miało usprawnić pracę węzłów pocztowych. Nad tym systemem głowili się wybitni specjaliści, a liczne symulacje potwierdziły skuteczność proponowanych rozwiązań. Nawet jeśli osobom, które nie znają zasad funkcjonowania poczty od kuchni, system wydaje się być pozbawiony sensu, bo wydłuża w czasie proces dostarczenia listów do adresatów.
- Lokalizowanie rozdzielni listów w jednym miejscu to rozwiązanie lepsze ze względów logistycznych i ekonomicznych - przekonuje Bartłomiej Kierzkowski. - Praca w systemie zmianowym trwa tam cały tydzień, a przy obecnym stanie technologii sam fakt lokalizacji takiego obiektu w jednym miejscu nie wydłuża procesu dystrybucji listów do adresatów w całym rejonie.
Takie optymistyczne stanowisko rzecznika nie zmienia faktu, że opóźnienia się zdarzają, a dochodzi nawet do zagubienia korespondencji, która do odbiorcy nigdy nie trafi. Poczta tłumaczy, że nie ma idealnego systemu. Zwłaszcza, że na dystrybucję listów wpływa wiele czynników - od warunków pogodowych poczynając, a na tzw. czynniku ludzkim kończąc.
- Dlatego wciąż pracujemy nad poprawą wizerunku poczty - podkreśla Bartłomiej Kierzkowski. - Staramy się polepszyć terminowość dostarczania tak zwanych listów ekonomicznych, czyli tych zwykłych listów nie kwalifikowanych jako polecone. Chociaż trzeba przyznać, że nasze standardy są wysokie i skuteczność plasuje Pocztę Polską bardzo wysoko w porównaniu z podobnymi instytucjami w wielu krajach Unii Europejskiej.
Generalnie PP obowiązuje zasada "Dzień plus trzy dni". Oznacza to, że list powinien dotrzeć do adresata najpóźniej trzy doby od daty nadania. W blisko 90 proc. przypadków tak się dzieje, chociaż nie sposób zaprzeczyć istnieniu pechowych 10 proc., które sprawiają, że zdesperowani klienci mają ochotę zrezygnować z usług monopolisty.
- Robimy wszystko, by zminimalizować ten niedobry margines - zapewnia Bartłomiej Kierzkowski. - Takie działania wymusza przede wszystkim szacunek dla klienta, chociaż nie bez znaczenia jest także liberalizacja rynku usług pocztowych. (SZEL), "Dziennik Polski" 2007-04-25
Autor: ea