Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Maszyna zgrzyta

Treść

Tak źle jak w sobotę grających piłkarzy Sandecji nie pamiętają najstarsi jej kibice. Mecz z Wierną, drużyną sąsiadującą z sądeczanami w dolnych rejonach trzecioligowej drabinki, zapowiadany był jako pojedynek już nawet nie o sześć, lecz o dziewięć punktów.


W istocie, przegrany zespół miał szanse na dobre zadomowić się w gronie ekip, których jedynym celem pozostaje uniknięcie degradacji. Tym przegranym zespołem okazali się niestety biało czarni.

Najgorsze jest to, że przyczyny takiego obrotu sytuacji nie sposób szukać tym razem w choćby dobrej postawie przeciwników. Wierna zagrała co najwyżej poprawnie, ani przez moment nie wznosząc się na wyżyny futbolowego rzemiosła, o kunszcie nawet nie wspominając. Przeciwnie - okazała się zespołem słabszym od goszczącego w Nowym Sączu przed dwoma tygodniami outsidera z Sanoka. Przykro to pisać, przedwczoraj małogoszczanie znaleźli wszak przeciwnika, który oddał im pole. Sandecję właśnie.

Nie w tym rzecz, by odsądzać od czci i wiary trenera Szczecinę. Nadal stoję na stanowisku, że to wysokiej próby fachowiec. Utwierdzają mnie w tym przekonaniu sami piłkarze, podkreślający, że szkoleniowiec ten, jak żaden ze swych poprzedników, znakomicie przygotował ich do sezonu i że efekty pracy wykonanej zimą będą już wkrótce widoczne. Nie jest również intencją piszącego te słowa sugerowanie braku zaangażowania czy ambicji poszczególnych graczy. Nie chodzi też o niedostatki w ich umiejętnościach. Niedobry trener - nie. Unikanie walki - nie. Słabe wyszkolenie graczy - nie. Jaki zatem, u licha, element położył się u podstaw wiosennych łomotów zbieranych gdzie popadnie przez sądeczan?

Odpowiedź nie może być jednoznaczna. Myślę jednak, że wszelkie zło bierze się z faktu, że Sandecja nie tworzy obecnie drużyny. Nie jest kolektywem, w którego pracy każde z ogniw zazębiałoby się z sąsiadującym trybikiem. Wystarczyło, że z zespołu wypadło kilku kontuzjowanych graczy, by maszyna zazgrzytała, zarzęziła, w końcu przestała działać. Z awarii natychmiast skorzystali rywale sądeczan, jeżdżąc po niej jak, nie przymierzając, po łysej kobyle. Efekt jest taki, że lokatorzy obiektu przy ul. Kilińskiego znaleźli się nagle na krawędzi przepaści.

Sytuacja nie jest jeszcze tragiczna - wystarczy wygrać dwa, trzy spotkania - by powrócił do MKS u błogosławiony spokój. Sygnału ostrzegawczego w żadnym przypadku i pod jakimkolwiek pozorem nie można wszak zlekceważyć. Bo inaczej dzwonek alarmowy może zabrzmieć dla Sandecji jako podzwonne.

DANIEL WEIMER , "Dziennik Polski" 2007-04-16

Autor: ea