Mielonka w lisiej czapce
Treść
Skandal z przerobem padliny przez radnego
Tarnowska policja złapała na gorącym uczynku w podsądeckiej Żeleźnikowej Wielkiej Adama K., handlarza z Siemiechowa w tarnowskiej gminie Gromnik, który przywiózł do tamtejszego zakładu przetwórczego niezbadaną padlinę z zamiarem przerobienia jej na półtusze i do wędlin. Jest podejrzenie, że taki proceder mógł trwać od wielu miesięcy i stanowić zagrożenie zdrowia i życia ludzi. Dostawca i właściciel ubojni, radny gminny, mają zakaz opuszczania kraju i grożą im poważne zarzuty prokuratorskie.
W dniu 4 października do ubojni Antoniego S. w Żeleźnikowej Wielkiej weszła grupa operacyjna policji z Tarnowa. Z danych, jakie "Dziennik Polski" uzyskał od rzecznika tarnowskiej policji Andrzeja Susa, wynika, że funkcjonariusze zaskoczyli zarówno właściciela jak i dostawcę. W ubojni ustalono, że półtusze przygotowane do dalszego przerobu pochodzą z padłej krowy zakupionej od rolnika przez handlującego rzeźnymi zwierzętami Adama K.
Krowa nie miała niezbędnych w takim wypadku zaświadczeń lekarskich. Nie wiadomo na co padła i czy była chora. W tej chwili, w wyniku podjętego śledztwa, przeprowadzane są badania próbek zwierzęcia. Dostawca przyznał się do dziesięciu przypadków zakupu niebadanej padliny, za którą płacił od 200 do 300 zł, a otrzymywał później dużo więcej.
- Adam K. prowadził legalny skup żywca. Był jednak od dłuższego czasu pod naszą obserwacją - powiedział nam wczoraj Andrzej Sus. - Mieliśmy informacje z okolic Tarnowa wskazujące jednoznacznie, że skupuje padłe sztuki. Zaangażowaliśmy w tropienie tego procederu w okolicy Tarnowa dość znaczne siły. Akcja w Żeleźnikowej Wielkiej trwała od popołudnia 4 października do godzin rannych następnego dnia. Od rolników mamy ostatnio poświadczone zakupy czterech sztuk padłych krów. Jedną obaj panowie usiłowali wprowadzić do obrotu spożywczego w Żeleźnikowej Wielkiej i zostali złapani na gorącym uczynku. Rolnikom Adam K. opowiadał, że martwe bydło skupuje na karmę dla lisów. On sam przyznał się do dziesięciu przypadków. Podejrzewamy, że proceder wożenia padliny po ubojniach i masarniach mógł trwać nawet od początku roku. Skupowane sztuki patroszył, a wnętrzności zakopywał w okolicach miejsca zamieszkania. Nie wiemy na dziś, ile takiego mięsa trafiło do obrotu w przetworach.
Bożena Owsiak, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Tarnowie potwierdziła, że trwa w tej sprawie intensywne śledztwo.
- Pierwsza sprawa, to handel nieprzebadanym mięsem, co jest procederem nielegalnym - powiedziała nam prokurator Owsiak. - Tym zajmujemy się na miejscu w Tarnowie. Druga sprawa, dużo poważniejsza wiąże się z potencjalnym narażeniem zdrowia i życia ludzi. Będzie, z uwagi na miejsce zdarzenia, badana w Nowym Sączu.
Antoniego S. zastaliśmy w domu. Właśnie wybierał się na sesję Rady Gminy do Nawojowej. Podobnie, jak wcześniej wobec policji i prokuratury, tak i w rozmowie z nami zaprzeczył, by miał świadomość udziału w nielegalnym handlu padliną.
- Nie jestem niczemu winien - powiedział nam wczoraj Antoni S. - W tej sprawie proszę rozmawiać z prokuratorem. Ja o niczym nie wiedziałem. Na wszystko mam odpowiednie dokumenty. Po raz pierwszy przywiózł do mnie krowę. Wiem, że ma jakieś kłopoty z kolczykami, paszportami. Ja sam oddałem swój na własne życzenie, żeby udowodnić, że chcę jak najszybciej sprawę wyjaśnić i zmyć hańbę z mojego zakładu.
Wczoraj wiadomość o przerobie podejrzanej padliny w zakładzie członka rady gminy obiegła Nawojową. Wójt Stanisław Kiełbasa dowiedział się o tym tuż przed sesją i był mocno poruszony.
- Nie wiem nic o wizycie policji w tym zakładzie. Znam radnego i ubojnię, która funkcjonuje od wielu lat - powiedział wójt. Informacja powtarzana w serwisach radiowych dotarła też do Starego Sącza, gdzie funkcjonuje kilka podobnych zakładów. Między innymi w Moszczenicy. Trwoga padła na producentów wędlin, którzy boją się by ich nie kojarzono z całym zdarzeniem.
- Padła krowa przechwycona przez policję, została poddana utylizacji - poinformował nas wojewódzki lekarz weterynarii Krzysztof Ankiewicz. - chciałbym podkreślić, że prawo, także unijne, pozwala na wprowadzenie do obrotu spożywczego padliny, ale z orzeczeniem lekarskim. W tym wypadku takiego zabrakło. Zdecydowana większość zakładów nie przyjmuje w ogóle padliny w obawie przed utratą marki dobrego producenta. Nasi lekarze powiatowi piszą rocznie po kilkadziesięt wniosków prokuratorskich na rolników, którzy nie zgłaszają nam padłych zwierząt. Sprawy są na ogół umarzane bądź kończą niewielkimi mandatami.
Jakie są losy padłych zwierząt, można się tylko domyślać. Wojciech Chmura, "Dziennik Polski" 2006-10-13
Autor: ea