Mniej studentów, mniej uczelni
Treść
Kilka lat temu poważny niż demograficzny dopadł szkoły podstawowe, gimnazja i placówki ponadgimnazjalne. Obecnie ten sam proces zaczyna dotykać wyższe uczelnie, którym zagląda w oczy widmo pustych sal wykładowych i laboratoriów. To z kolei oznacza, że część szkół wyższych może zostać zlikwidowana ze względów ekonomicznych. Problem dotyczy zarówno uczelni prywatnych, jak i publicznych. Dlatego już teraz starają się one podejmować takie działania, które pomogą im przygotować się na te trudne czasy.
Jednym z najczęściej lansowanych pomysłów jest konsolidacja uniwersytetów, akademii, politechnik oraz uczelni prywatnych. Będzie temu towarzyszyć naturalny proces zamykania najsłabszych szkół wyższych, które tylko z nazwy dają wyższe wykształcenie licencjackie. Dlatego możemy być pewni, że już za kilka lat obraz naszego szkolnictwa wyższego będzie zdecydowanie inny niż obecnie.
Stanie się to także okazją, aby zmienić system finansowania nauki, bo konsolidacja spowoduje, że te uczelnie, które pozostaną na rynku, będą miały do dyspozycji więcej pieniędzy. Koncentracja kadry naukowej powinna także podnieść poziom kształcenia.
Ubywa studiujących
Od początku lat 90. szkolnictwo wyższe przeżywa boom, bo liczba chętnych do odebrania indeksów z roku na rok rośnie. Tym bardziej że zdobycie wyższego wykształcenia ma, według zdecydowanej większości studentów, podnieść ich wartość na rynku pracy.
Jeszcze w 1990 r. studiowało niespełna 400 tys. osób w wieku 19-24 lat. To oznacza, że indeksy posiadało około 13 proc. osób w tym wieku - jest to tzw. współczynnik skolaryzacji. Już pięć lat później studentów było dwa razy więcej, a w 1997 r. studiowało ponad milion młodych Polaków. W obecnym roku akademickim o wyższe wykształcenie stara się blisko 2 mln studentów, a współczynnik skolaryzacji wzrósł aż do blisko 51 proc.!
Niestety, za 2-3 lata liczba studentów zacznie się zmniejszać, choć będzie rósł współczynnik skolaryzacji. To dlatego że do szkół wyższych dotrze niż demograficzny. W tym roku Polacy w wieku 19-24 lat stanowią grupę prawie 4 mln obywateli, ale już od przyszłego roku zacznie ich ubywać. Za dziesięć lat liczba studentów będzie niższa o 400 tysięcy. To tak, jakby zniknęło kilkadziesiąt uczelni.
Niestety, demografii oszukać się nie da. Ubywa studiujących i będzie ich coraz mniej. Na pewno nie uda się tej luki zapełnić, np. ściągając do Polski młodzież z sąsiednich krajów, tak jak można to zrobić na rynku pracy w przypadku deficytowych zawodów. Jeśli więc zmniejsza się liczba studentów, to dojdzie także do tego widmo likwidacji części szkół wyższych, nie tylko prywatnych, ale i publicznych. Jeśli bowiem nie będzie miał kto w nich studiować lub studentów będzie zbyt mało, to nie utrzymają się na rynku z powodów ekonomicznych. Czy można jednak tego uniknąć?
Łączmy się
Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego dostrzegło już dawno problem nadciągającego niżu demograficznego. Dlatego zastanawiano się w resorcie (jeszcze wtedy, gdy szkolnictwo wyższe było w strukturach Ministerstwa Edukacji Narodowej), jak do tego przygotować uniwersytety, akademie i politechniki. Eksperci doszli do wniosku, że rozwiązaniem problemu negatywnego wpływu niżu demograficznego na szkolnictwo wyższe może być konsolidacja uczelni, czyli ich łączenie.
Jakie byłyby, zdaniem MNiSW, korzyści z konsolidacji? Po pierwsze, będzie można lepiej wykorzystywać kadrę w większych, połączonych uczelniach. To samo dotyczy bazy dydaktycznej i socjalnej. Teraz przecież wiele szkół wyższych narzeka na ciasnotę.
Ale konsolidacja może być, zwłaszcza dla mniejszych ośrodków akademickich, jedynym sposobem na uratowanie swojego statusu. Trzeba bowiem mieć na uwadze fakt, że ustawa o szkolnictwie wyższym nakłada na uczelnie bardzo poważne obowiązki. Akademie i politechniki mają się przekształcać w uniwersytety przymiotnikowe (np. uniwersytety techniczne czy muzyczne), a obecne wyższe szkoły zawodowe mają się stać akademiami. Żeby to jednak osiągnąć, uczelnia musi dysponować np. prawami do nadawania doktoratów na określonej liczbie wydziałów. W tym celu trzeba mieć do dyspozycji odpowiednią liczbę samodzielnych pracowników naukowych (doktorów habilitowanych i profesorów), a z tym w wielu, także państwowych szkołach wyższych nie jest najlepiej.
Oczywiście, takie uczelnie, jak Uniwersytet Warszawski czy Jagielloński nie muszą aż tak bardzo zabiegać o konsolidację z innymi uczelniami, bo z racji wielkości, tradycji i położenia dobrze sobie poradzą. Ale i tu widać takie procesy, jak choćby w przypadku UJ, który przecież ponad 10 lat temu ponownie przyłączył Collegium Medicum (należało do UJ do lat 50.).
W innych miastach nie jest już tak dobrze. Zresztą uczelnie same to dostrzegają i niektóre nie czekają na żadne ustawy, ale podejmują procesy scaleniowe. Najlepszym przykładem jest Uniwersytet Warmińsko-Mazurski w Olsztynie, który powstał w 1999 roku. Ale Olsztyn nie miałby nigdy takiej szkoły, gdyby nie doszło do połączenia kilku mniejszych uczelni: Wyższej Szkoły Pedagogicznej, Akademii Rolniczo-Technicznej i Warmińskiego Instytutu Teologicznego.
Z kolei kilka lat temu Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu połączył się z Akademią Medyczną w Bydgoszczy. Korzyści były obopólne: Toruń rozszerzył swoją ofertę edukacyjną, a studenci w Bydgoszczy otrzymali indeksy uniwersyteckie jako słuchacze Collegium Medicum.
Plany wspólnych kierunków studiów, projektów badawczych ma także Kolegium Rektorów Państwowych Szkół Wyższych Lublina. - Myślimy o wykorzystaniu mechanizmów z ustawy o szkolnictwie wyższym. Daje ona np. możliwość utworzenia związku wybranych uczelni - mówił niedawno rektor UMCS prof. Wiesław Kamiński. - Nie wykluczamy, że docelowo związek ten może ewoluować w kierunku jednolitego uniwersytetu, ale zdajemy sobie sprawę, że jest to daleka perspektywa - przyznaje rektor. To wynika po prostu z mocnej pozycji innych uczelni: Akademii Medycznej, Politechniki i Akademii Rolniczej. Choć za jakiś czas klimat ku łączeniu może się zmienić.
Mali też mogą
Poważna inicjatywa zaczyna się też rodzić na Podkarpaciu. Tam pilotażowym przedsięwzięciem tego typu ma być utworzenie Uniwersytetu Wschodnio-Europejskiego, który powstanie pod auspicjami Uniwersytetu Rzeszowskiego. Dotacje na wsparcie UWE mają być ujęte w programie unijnym na lata 2007-2013 w ramach Programu Operacyjnego "Rozwój Polski Wschodniej".
Profesor Michał Seweryński, szef Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, wyjaśnił, że w ten projekt włączone zostaną państwowe wyższe szkoły zawodowe w Przemyślu, Jarosławiu, Sanoku i Tarnobrzegu, a także Kolegium Polsko-Ukraińskie w Lublinie. - Wyobrażam sobie, że po konsolidacji dzisiejsza wyższa szkoła zawodowa w Przemyślu będzie miała prawo na swoich murach umieścić napis "Uniwersytet Wschodnio-Europejski, Kolegium w Przemyślu" - mówił na jednej z konferencji prasowych minister Seweryński. Dla tego miasta, jak i dla innych byłaby to na pewno ogromna nobilitacja.
Takich miast jest w Polsce więcej, wiele ośrodków liczących ponad 100 tysięcy mieszkańców ma akademickie aspiracje, które może zrealizować tylko przez łączenie uczelni. Ministerstwo obiecuje, że będzie takie inicjatywy wspierać.
Bo właśnie przywołany wyżej przykład Olsztyna wskazuje najlepszy kierunek zmian. Co ciekawe, w takie inicjatywy chcą się nawet włączać szkoły prywatne, którym też grozi upadek z powodu niżu demograficznego.
Przy tej okazji minister Seweryński zwrócił uwagę na jeszcze jeden ważny problem, który może uda się rozwiązać. Chodzi o kolegia nauczycielskie. Ich słuchacze uczą się mniej więcej tyle samo, co studenci na studiach licencjackich. Nie otrzymują jednak formalnie dyplomu licencjata. Gdyby kolegia włączono do jakiejś uczelni, problem zostałby rozwiązany.
Selekcja pozytywna
Minister Michał Seweryński nie kryje, że z powodu niżu demograficznego upadnie część szkół wyższych, zwłaszcza prywatnych. Studenci będą mieli większy wybór ofert edukacyjnych na rynku i będą wybierać te uczelnie, które zagwarantują im najlepszy poziom i warunki kształcenia. - Część uczelni z pewnością przestanie istnieć, ale to nie jest nic złego. Od dawna mówiłem, że prywatnych uczelni w Polsce jest za dużo. Szkoły silne kadrą i prestiżem, dobrze uczące, przetrwają - mówił prof. Seweryński.
Trudno nie zgodzić się z szefem MNiSW, bo można mieć wiele zastrzeżeń do prywatnych (jest ich już ponad 200), ale nie tylko, szkół wyższych. Wystarczy prześledzić raporty Państwowej Komisji Akredytacyjnej, która zajmuje się oceną poziomu nauczania we wszystkich szkołach wyższych. Bardzo często PKA wytyka, także uniwersytetom, że na niektórych kierunkach lub specjalnościach poziom nauczania jest zbyt niski, że studenci mają ograniczony program nauki. Zdarza się, że PKA podejmuje nawet tak drastyczne decyzje, jak zlikwidowanie niektórych kierunków kształcenia w uczelniach czy zamknięcie szkoły, która tylko z nazwy jest wyższa. Takich decyzji będzie więcej, bo niestety w niektórych szkołach, głównie prywatnych, poziom nauki jest żenująco niski, nie mają nie tylko dobrej kadry, ale nawet odpowiedniej bazy dydaktycznej. Bo co to za szkoła wyższa, która nie dysponuje salami do ćwiczeń albo biblioteką. Są one wtedy jedynie dobrym sposobem na zarabianie pieniędzy przez ich właścicieli. Wykorzystali oni po prostu fakt, że kiedyś przepisy dotyczące tworzenia szkół wyższych były bardzo liberalne, a młodzi ludzie sami pchali się drzwiami i oknami, żeby studiować. Teraz to jednak już się zmienia, głównie z powodów demograficznych.
Student niepotrzebnie wydaje pieniądze na naukę w słabej uczelni, bo okazuje się, że i tak niewiele umie, a pracodawcy, doskonale zorientowani w tym, która szkoła jest dobra, a która zła, ignorują dyplomy wystawiane przez takie placówki. Nic złego się więc nie stanie, jeśli te najsłabsze ogniwa naszego systemu szkolnictwa wyższego zostaną zlikwidowane. Wszyscy po prostu na tym skorzystają.
Resort zapowiada, że likwidacja dotknie także najgorzej działające jednostki naukowe, czyli te, które tak naprawdę nie mają żadnych osiągnięć. Część z nich zostanie więc sprywatyzowana (jak będą chętni do ich odkupienia) lub włączona w skład większych, silniejszych i lepszych instytucji. Bo nawet w słabych ośrodkach naukowych można znaleźć zdolnych naukowców, których potencjał trzeba wykorzystać. W końcu jesteśmy w takiej sytuacji, że trzeba dbać o każdego dobrego naukowca, bo nie mamy ich zbyt wielu.
Korzyść z łączenia lub likwidacji niektórych instytucji naukowych będzie taka, że wykorzystamy lepiej potencjał ludzki, ale i efektywniej będą wydawane pieniądze na naukę. Duże, lepsze jednostki naukowo-badawcze będą miały także większe szanse na uzyskanie dotacji unijnych. Nasze ministerstwo zakłada, że w latach 2007-2013 do Polski powinien spłynąć nawet miliard euro takich dotacji, niezależnie od pieniędzy z budżetu państwa przewidzianych na naukę. To daje już naprawdę spore możliwości rozwoju.
Tak więc niż demograficzny nie musi być czymś złym, ale powinien stać się pretekstem do reformy polskiej nauki i szkolnictwa wyższego, co przełoży się na podniesienie poziomu kształcenia. Wtedy Polska będzie mogła rozwijać się nie tylko intelektualnie, ale i gospodarczo.
Krzysztof Losz, "Nasz Dziennik" 2007-01-02
Autor: ea