Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Mój stan wojenny...

Treść

Wspomina Eugeniusz Baran, działacz nowosądeckiej i małopolskiej "Solidarności" internowany 13 grudnia 1981 roku
LISTA INTERNOWANYCH

Z 12 na 13 grudnia 1981 roku władze komunistyczne internowały na Sądecczyźnie: Mariana Białoskórskiego, Eugeniusza Barana, Stanisława Bodzionego, Józefa Grzyba, Tadeusza Junga, Romana Kałyniuka, Bernarda Marshiske, Henryka Pawłowskiego, Ryszarda Pawłowskiego, Władysława Piksę, Grzegorza Sajdaka, Andrzeja Szkaradka, Marka Tomasika, Jerzego Wyskla, Ryszarda Zagórskiego, Jacka Zarembę, Jana Sikonia. W nieco późniejszym terminie do miejsc internowania trafili: Józef Jungiewicz, Aleksander Grela, Roman Hasslinger, Krzysztof Michalik, Henryk Opilo, Józef Piekarz, Jacek Rogowski, Zenon Szajna, Marek Wójtowicz.

Ćwierć wieku mija od ogłoszenia przez władze komunistyczne Polski stanu wojennego. Był on również dla mnie ciężkim doświadczeniem w wymiarze osobistym i rodzinnym. Moje wspomnienia z tamtego tragicznego okresu dedykuję tym wszystkim, których stan wojenny dotknął i skrzywdził najboleśniej. Tym, wobec których aparat represji był szczególnie okrutny. Dla mnie stan wojenny (dzięki postawie najbliższej rodziny, znajomych i środowiska zakładu pracy) był z pewnością mniej bolesnym przeżyciem niż dla wielu innych.


***
Zjazd Solidarności Regionu Małopolska w 1981 roku odbył się w hali przy ul. Gumniskiej w Tarnowie. Uczestniczyłem w nim jako przedstawiciel Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego Nowy Sącz. Tam wybrano mnie na delegata I Zjazdu NSZZ "Solidarność" w Gdańsku i członka Komisji Rewizyjnej Regionu Małopolskiej Solidarności. Od tamtej pory Służba Bezpieczeństwa przydzieliła mi opiekuna, który zbierał informacje na mój temat. Nachodził mnie w zakładzie, zadawał wiele pytań dotyczących warunków pracy, moich poglądów na temat zbliżającego się Zjazdu "Solidarności". Interesował się, czy zamierzam zabierać głos na zjeździe i na jaki temat, kogo widziałbym na przewodniczącego NSZZ "Solidarność"? Nie wdawałem się z nim w dłuższe dyskusje, odpowiadałem, że chcę jedynie godnie reprezentować interesy robotników.

Tuż przed I i II turą zjazdu funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa niepokoili mnie, nachodząc wieczorami w domu. Namawiali do współpracy, chcieli, abym informował ich o przebiegu nadchodzącego zjazdu, o robotniczych nastrojach. Jednoznacznie odpowiadałem, że o żadnej współpracy nie może być mowy, że pozostanę uczciwym związkowcem i Polakiem, i będę pracował dla dobra Ojczyzny. Nie dawali za wygraną, z biegiem czasu ich natarczywość narastała. Oświadczyłem więc stanowczo, że dalsze ich wizyty są bezcelowe i na żadne układy nie pójdę. Postanowiłem poinformować o swoich doświadczeniach z SB za pośrednictwem gazety i skontaktowałem się z redaktorem Jerzym Widłem z tygodnika "Głos ZNTK". Chciałem publicznie ujawnić, że jako działacz "Solidarności" jestem nagabywany przez bezpiekę. W jednym z numerów "Głosu ZNTK", który zachowałem do dzisiaj, ukazała się moja autoryzowana wypowiedź dotycząca inwigilacji przez SB.

Dnia 13 grudnia 1981 nigdy nie zapomnę. Urodziłem się w Zawadzie (dzisiaj dzielnicy Nowego Sącza), ale mieszkam w Nawojowej. W domu rodzinnym w Zawadzie mieszka natomiast mój brat Marian. Pół godziny przed północą 12 grudnia przyjechali do niego esbecy i milicjanci, i pytali o mnie. Pytali brata, gdzie mieszkam i żądali, aby podał mój adres zamieszkania. Kiepsko przygotowały się do tej akcji służby milicyjne, skoro nie ustaliły wcześniej adresu. Brat zaprotestował przeciwko nachodzeniu o północy i odmówił wskazania mojego adresu. W tej sytuacji zamknęli go do aresztu na trzy dni. Do mnie przyjechali milicjanci dopiero ok. piątej nad ranem 13 grudnia, budząc ze snu całą rodzinę. Najwyraźniej podenerwowani długimi poszukiwaniami kazali szybko ubierać się. Ostrzegli, że jeśli nie podporządkuję się dobrowolnie, zostanę wyprowadzony z domu siłą. Pytałem, o co chodzi, dlaczego zostałem zatrzymany, ale odpowiedzi nie otrzymałem. Po krótkim pożegnaniu z zapłakaną żoną i synami milicjanci wyprowadzili mnie i odwieźli na komendę w Nowym Sączu. Tam młody umundurowany funkcjonariusz polecił oddać sznurówki od butów, pasek, zegarek, wszystkie przedmioty, jakie posiadałem przy sobie.

Na moje pytania (o co chodzi?, co się dzieje?) odpowiedział - stul mordę i rób, co ci każę! Nie wytrzymałem i zaprotestowałem przeciwko takiemu traktowaniu, a milicjantowi zwróciłem uwagę, że mam syna w jego wieku. Jak pamiętam ok. 5.30 zaczęło się wywoływanie po nazwiskach i szczęk kajdanek. Usłyszałem: Białoskórski Marian, Baran Eugeniusz... Podobnie jak innych, skuli nas we dwóch. Białoskórski uścisnął mnie mocno i powiedział: - Witaj przyjacielu doli i niedoli. Załadowali nas do więźniarki podzielonej na dwie części, w każdej z nich mieściło się 8-10 aresztowanych. Po drugiej stronie zakratowanych pomieszczeń siedzieli uzbrojeni milicjanci z kluczami.

Przy wyjeździe z Nowego Sącza, ujrzeliśmy z więźniarki kawałek ratusza i wszyscy, jak na rozkaz, zaintonowaliśmy hymn narodowy. Milicjanci, którzy nas eskortowali, nie wdawali się z nami w rozmowy. Jednego z nich, który siedział tuż za kratą, zagadnąłem po cichu i zapytałem dokąd nas wiozą. Odpowiedział, że nie wie. Ktoś z aresztowanych wyraził podejrzenie, że wywożą nas na wschód, do Sowietów. Po drodze konwój zatrzymał się na półgodzinnym postoju w Gorlicach, ale my pozostaliśmy w więźniarce. W Gorlicach dołączyli do nas starszego mężczyznę, którego posadzili obok mnie. Pytał, skąd jesteśmy i głośno pomstował na władze komunistyczne, które stosują przemoc wobec narodu. Opowiedział nam, że został siłą zabrany z domu od chorej żony. Jego słów słuchaliśmy z pewną nieufnością, co daliśmy mu do zrozumienia. Na co on rozpłakał się i zapewniał, że nie jest żadnym konfidentem, że jest ofiarą represji jak i my. 13 grudnia w godzinach popołudniowych przywieźli nas do Zakładu Karnego w Rzeszowie-Załężu. Tam oddano nam osobiste rzeczy zabrane wcześniej na komendzie w Nowym Sączu. Doświadczyłem też ludzkiego odruchu ze strony milicjanta, z którym zamieniłem wcześniej parę słów w więźniarce. W pewnym momencie wsunął mi dyskretnie do kieszeni paczkę papierosów i uścisnął rękę, zauważyłem łzy w jego oczach. Jeżeli ten nieznajomy milicjant zechce się odezwać, chętnie spotkam się z nim i dzisiaj ja podam mu rękę.

W więzieniu w Załężu zgromadzili nas najpierw w jednej celi ogólnej, a stamtąd rozprowadzali do cel mieszkalnych. Znowu kazali oddać rzeczy osobiste do depozytu, mnie udało się ukryć i zatrzymać zegarek. Trafiłem do celi 439 o wymiarach 4 x 2,5-metra, wtłoczyli do niej sześć osób. Oprócz mnie, trafili tam Marian Białoskórski (nie był on związany z "S", był znanym działaczem Stronnictwa Demokratycznego), Jerzy Las, Marek Tomasik, Antoni Weryho i Mieczysław Wróblewski. Prycze w tej celi były piętrowe. Za radą Białoskórskiego zajęliśmy miejsce na samej górze. Będziemy tam bezpieczniejsi, gdyby nas np. bili, przekonywał. To rozumowanie okazało się jednak błędne, ze względu na nieprzyjemne zapachy unoszące się do góry mieliśmy kłopoty ze spaniem. Na dodatek, w naszym małym pomieszczeniu było odkryte WC, co dodatkowo potęgowało przykre doznania. 20 grudnia zabrali Białoskórskiego do innej celi i pozostało nas pięciu.

W Zakładzie Karnym w Załężu pilnowało nas ZOMO i zmilitaryzowana straż więzienna, która nie opuszczała terenu więzienia. Jeden z młodych strażników (klawiszy) wykazał się godną Polaka postawą i pewno nie on jeden. Przed wigilią Bożego Narodzenia doręczył nam dyskretnie opłatek i mogliśmy się nim połamać, złożyć sobie życzenia świąteczne. Pamiętam, że w świąteczne wieczory całe więzienie aż huczało od śpiewanych do późnej nocy kolęd. Nie pomogły zakazy i groźby ze strony ZOMO, uwięzieni manifestowali w ten sposób swój sprzeciw.

Obok celi, w której siedziałem umieszczono z jednej strony Jerzego Wyskiela, a z drugiej Władysława Piksę. Porozumiewałem się z nimi przez ścianę i któregoś dnia dowiedziałem się, że Wyskiel zachorował.

1 stycznia 1982 roku do Załęża przyjechał ś.p. biskup Jerzy Ablewicz, biskup ordynariusz Diecezji Tarnowskiej. Celebrował mszę świętą dla wszystkich skazanych na długim korytarzu Zakładu Karnego. Wygłosił homilię, a towarzyszący mu księża spowiadali nas. Śpiewaliśmy kolędy, a wśród nich "kolędę internowanych" nieznanego autora.

Oto jej słowa: Pociesz Jezu kraj płaczący/ Ześlij w serca prawdy ziarno/ Siłę swoją daj walczącym/ Pobłogosław Solidarność/ Więźniom wszystkim daj wytrwałość/ Pieczę miej nad rodzinami/ A słowo ciałem się stanie/ I zamieszka między nami/ Matkom, żonom ześlij siłę/ Otrzyj łzy czekania dzieciom/ A nam wszystkim Panie miły/ Ześlij Boże dobry wieczór/ Zaśpiewamy wtedy razem/ Tę kolędę za kratami/ Że słowo ciałem się stało/ I jest dzisiaj między nami.

Przy każdej celi stał funkcjonariusz ZOMO w pełnym uzbrojeniu. Podczas mszy świętej podszedł do mnie mężczyzna, którego wsadzili do więźniarki w Gorlicach. Przypomniał, że nie chcieliśmy z nim rozmawiać, że uważaliśmy go za kapusia, tymczasem on jest razem z nami. Poklepałem go po ramieniu i przeprosiłem za wcześniejsze podejrzenia. Po nabożeństwie podszedłem do biskupa Ablewicza i poprosiłem, by odwiedził w celi chorego kolegę Jerzego Wyskiela. Zomowiec nie czynił przeszkód i biskup wszedł do wskazanej celi.

Biskup Jerzy Ablewicz obdarował każdego internowanego paczką żywnościową, otrzymaliśmy m.in. cebule, jabłka, masło, papierosy. Mogliśmy poczuć, że ludzie za murami solidaryzują się z nami i w czasach powszechnego niedostatku gotowi są nas wspierać. Bóg zapłać im za to.

Gdzieś w połowie stycznia 1982 roku, w godzinach wieczornych usłyszałem, że w sąsiedniej celi biją w ścianę i drzwi krzycząc, że Jerzy Wyskiel z Nowego Sącza jest ciężko chory. Niedługo potem w całym więzieniu, na znak solidarności, uderzano w kraty, drzwi i rozlegały się okrzyki - ratować Wyskiela! Po pewnym czasie zabrali go do szpitala w Krakowie, ale nad ranem wrócił do więzienia, poprawił się stan jego zdrowia. Strażnika więziennego, który nam sprzyjał, poprosiłem, by wpuścił mnie do celi Jerzego Wyskiela na kilka minut. Nie odezwał się, ale przed północą wywołał mnie i pozwolił wejść do niego. Podarowałem mu trochę szynki, którą przysłała mi rodzina i przekonywałem, by się nie załamywał i nie poddawał chorobie. Spędziłem u niego w celi prawie pół godziny.

W trakcie internowania Służba Bezpieczeństwa brała nas często na przesłuchania, namawiając do współpracy i podpisania deklaracji lojalności, tzw. lojalki. Niezmiennie powtarzałem esbekom, że jestem uczciwym związkowcem i takim chcę pozostać. Oni proponowali mi pomoc w wyjeździe za granicę do wybranego kraju kapitalistycznego, proponowali opuszczenie Polski na stałe. Odpowiadałem, że moją ojczyzną jest Polska i w niej pozostanę.

15 stycznia 1982 z mojej celi zwolniono Marka Tomasika z Nowego Sącza i Mieczysława Wróblewskiego z Dębicy. W celi 439 pozostało nas trzech, oprócz mnie Jerzy Las z Sandomierza i Antoni Weryho z Rzeszowa. 31 stycznia odwiedził Zakład Karny w Załężu biskup tarnowski Józef Gucwa, krótkie msze dla kilku cel odprawiał kolejno w więziennej świetlicy. Każdy internowany otrzymał od biskupa paczkę z żywnością, a także różaniec, modlitewnik i Nowy Testament. Oczekiwaliśmy, że odwiedzi nas również biskup Diecezji Przemyskiej Ignacy Tokarczuk. Nie mógł jednak tego zrobić, władze PRL zastosowały wobec niego areszt domowy.

15 lutego 1982 roku zostałem zwolniony z Zakładu Karnego w Załężu wraz z kilkoma innymi internowanymi. Pisemnie zobowiązano nas do stawienia się na komendzie milicji w ciągu trzech dni po wyjściu na wolność. Zgłosiłem się w komendzie MO w Nowym Sączu o godzinie 9. i zaraz "zajęła się mną" Służba Bezpieczeństwa. Zaprowadzili mnie do piwnicy i tam w małym pomieszczeniu godzinami przesłuchiwali. Najczęściej odpowiadałem: - Nie wiem, nie pamiętam... Co jakiś czas zmieniał się przesłuchujący i powtarzał te same pytania. Po kilku godzinach dali mi długopis i kartkę i polecili opisać moją działalność związkową i podać nazwiska osób współpracujących ze mną. Napisałem więc krótko, że byłem członkiem Komisji Rewizyjnej Regionu Małopolska, uczestnikiem głodówki kolejarzy we Wrocławiu, delegatem na Zjazd "Solidarności" itd. A robiłem to wszystko w interesie robotników i Polski.

Ok. godziny 17. przyszło dwóch esbeków i mówią: - Pokaż coś popisał. Byli zawiedzeni tym, co przeczytali, chcieli wiedzieć m.in., kto zajmuje się rozpowszechnianiem ulotek i plakatów, jakie panują opinie i nastroje w środowisku związkowców. Oznajmiłem, że się tym nie interesuję i proszę o szklankę wody, bo siedzę na przesłuchaniu już od 9 rano. Wtedy jeden z nich odezwał się lekceważąco: - Takim, jak ty, to nawet wody się nie podaje. - W tym czasie wszedł trzeci esbek, poznałem go. To on nachodził mnie w domu w 1981 roku i namawiał na współpracę. Teraz powiedział: - Pamiętaj, że internowaliśmy ciebie, bo nie chciałeś z nami współpracować. O godzinie 18. zwolnili mnie wreszcie i mogłem wrócić do domu.


***
Po wyjściu z internowania wróciłem do pracy w Zakładach Naprawczych Taboru Kolejowego i włączyłem się w podziemną działalność związkową. Organizowaliśmy pomoc materialną rodzinom uwięzionych kolegów, wśród nich byli Józef Jarecki, Mieczysław Górski, Tadeusz Nitka, Zbigniew Leśniak. Powstał komitet pomocy aresztowanym w składzie: Konstanty Konar, Krystyna Piekarz, Zbigniew Bocheński, Eugeniusz Baran. Spotykaliśmy się głównie w punkcie katechetycznym kolejowego kościoła w Nowym Sączu, to była nasza prawdziwa ostoja. Po odwołaniu stanu wojennego w 1983 roku pielęgnowaliśmy solidarnościowe tradycje i symbole, wspieraliśmy się aż do ostatecznej wygranej w 1989 roku.

Eugeniusz Baran

Autor: ea