Na Olimpie historyków
Treść
Rozmowa z doktorem Władysławem Kruczkiem, nauczycielem II Liceum Ogólnokształcącego im. Marii Konopnickiej w Nowym Sączu.
Do Nowego Sącza wróciło z indeksami pięcioro laureatów i finalistów XXXIII Ogólnopolskiej Olimpiady Historycznej oraz XV Konkursu "Parlamentaryzm w Polsce", które odbyły się w Gdańsku. Wszyscy uczniowie wyszli spod Pana ręki i dołączą do bardzo licznego już grona Pańskich olimpijczyków i finalistów. Czy prowadzi Pan jakąś statystykę?
- Jeśli chodzi o olimpiady - historyczną, wiedzy o Polsce i świecie współczesnym, wiedzy prawniczej i wiedzy o Unii Europejskiej - jest 56 finalistów i laureatów. Gdy dołączy się konkurs o dziejach parlamentaryzmu w Polsce, organizowany na prawach olimpiady, to ta lista zwiększy się jeszcze o 8 osób.
Jest Pan niekwestionowanym liderem wśród nauczycieli historii i to nie tylko sądeckich, który ma tylu olimpijczyków i finalistów. W Małopolsce chyba żaden z uczących historii nie może pochwalić się takim dorobkiem...
- W Nowym Sączu nie znam takiej osoby, natomiast w Małopolsce mam najwięcej laureatów i finalistów olimpiady historycznej.
W czym należy upatrywać źródła odnoszonych sukcesów?
- Przede wszystkim w systematycznej pracy. Mam tu na myśli tę typowo lekcyjną, jak również na kółku historycznym, które prowadzę w szkole od wielu lat, a także wiele godzin indywidualnej pracy z uczniami, którzy zakwalifikowali się do etapów okręgowych, a później finałów centralnych olimpiad i konkursów przedmiotowych. Trzeba przecież ucznia odpowiednio ukierunkować, umotywować, doradzić mu, zaproponować zestaw lektur, monografii, biografii, syntez historycznych, które należy przestudiować. Nauczyciel prowadzący przyszłego finalistę czy olimpijczyka musi mieć też wiedzę psychologiczną. Każdy uczeń jest zupełnie inną osobowością. Jednych trzeba bardziej mobilizować do pracy, innych niekiedy w pewnym sensie hamować, by w którymś momencie nie przeholowali z nauką. Systematyczną pracę należy też połączyć z chęcią, zapałem ucznia do osiągnięcia postawionego celu.
Jak się wyławia takie "perełki" spośród rzeszy uczniów?
- Moje długoletnie doświadczenie pedagogiczne i psychologiczne pozwala mi dość precyzyjnie wyłonić taką osobę z większego grona, którą stać, by osiągnąć sukces. Niekoniecznie musi to być uczeń, który świata nie widzi poza książkami. Mogę wskazać wielu moich laureatów i finalistów, którzy - jak niekiedy mówili o nich moje koleżanki i koledzy - są "do tańca i do różańca".
Bazuje Pan na swoim długoletnim doświadczeniu zawodowym, ale chyba nie można spocząć na laurach. Nauczyciel ciągle musi - w przypadku takiej dziedziny, jak historia - poszerzać swoją wiedzę.
- Oczywiście doświadczenie to nie wszystko. Ciągle trzeba czytać nowe książki, orientować się na bieżąco, w tym, co się ukazuje na rynku wydawniczym. Słowem - nieustannie uzupełniać posiadaną wiedzę.
Czy olimpijczycy profesora Kruczka nie zapominają o swoim nauczycielu?
- W żadnym wypadku. Nadal się kontaktujemy telefonicznie, czy listownie. Wielu, będąc w Nowym Sączu - przychodzi do szkoły. Jest to bardzo przyjemne. Oczywiście z jednymi częściej, z innymi rzadziej spotykam się. Byli uczniowie - dorośli już ludzie porozjeżdżali się po kraju i świecie. Są historykami, prawnikami, politologami i absolwentami innych pokrewnych kierunków. Pracują w różnych instytucjach, w tym również samorządowych. Kilku mieszka i pracuje w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Belgii i Francji.
Czy nosił się ktoś z zamiarem zorganizowania zjazdu olimpijczyków i finalistów profesora Kruczka?
- Owszem, były takie pomysły, które zakiełkowały przy okazji obchodów jubileuszu 100-lecia szkoły. Organizatorzy podjęli nawet pierwsze kroki, ale okazało, się, że grono jest tak porozrzucane po świecie, że niestety nie udałoby się wszystkich zebrać. Natomiast odbyło się już kilka spotkań w mniej licznym gronie.
Rozmawiała Iga Michalec , "Dziennik Polski" 2007-04-18
Autor: ea