Nie chcemy pracować w niedziele
Treść
Związkowcy i drobni handlowcy popierają projekty zakazu handlu w dni świąteczne
Wprowadzenia ustawowego zakazu handlu w niedziele i dni świąteczne domagają się związkowcy z NSZZ "Solidarność". Zorganizowali nawet w tej sprawie pikietę przed gmachem parlamentu. "Pracownicy handlu i ich rodziny potrzebują wolnych niedziel i świąt. Potrzebują dni, w których będą mogli być razem ze swoimi dziećmi. Zatraciliśmy w Polsce sens przeżywania dni świątecznych" - napisali związkowcy w liście skierowanym do marszałka Sejmu Marka Jurka. Na razie mają poparcie części posłów PiS i LPR, ale liczą, że gdy do Sejmu trafi projekt odpowiedniej ustawy, wtedy powstanie szeroka koalicja popierająca przeprowadzenie zmian. "Solidarność" nie jest zresztą osamotniona w swoich żądaniach, bo podobne stanowisko prezentują od dawna także organizacje kupieckie. Dla nich taki zakaz oznaczałby polepszenie warunków konkurencji z wielkimi zachodnimi sieciami handlowymi.
Organizatorzy pikiety podkreślali, że nie żądają oni niczego nadzwyczajnego, tylko przestrzegania prawa ludzi do wolnej niedzieli. Przypominali, że ten dzień jest święty od dwóch tysięcy lat w całej chrześcijańskiej Europie. Dlatego pracownicy handlu z "Solidarności" chcieliby zakazać otwierania wszelkich sklepów w niedziele i inne dni świąteczne. Popierają ich organizacje kupieckie (ich przedstawiciele także byli obecni na manifestacji). Właściciele małych sklepów twierdzą, że w ten sposób państwo chroniłoby ich interesy w nierównej walce z zachodnimi sieciami handlowymi.
Większość pracowników sklepów, jak wynika z wielu ankiet i badań, chciałaby wprowadzenia takiego zakazu. Pani Ula jest kasjerką w jednym z supermarketów w Radomiu. Pracuje już kilka lat i w miesiącu ma przynajmniej dwie (często jednak i trzy) robocze niedziele. Jak sama oblicza, w pracy statystycznie jest częściej niż co drugą niedzielę. - Mam niskie kwalifikacje zawodowe, więc trudno jest mi znaleźć inną pracę - mówi. - Finansowo też jest to mało opłacalne, bo zarabiam nieco powyżej najniższej pensji krajowej - dodaje. Nasza rozmówczyni podkreśla, że z powodu pracy na zmiany zdarza się, że z dziećmi i mężem widuje się krótko tylko rano lub wieczorem. - Dlatego wolna niedziela bardzo by się nam przydała. Mąż jest murarzem i on akurat nie ma tego problemu. A ja nawet czasami mam trudności, żeby pójść do kościoła na niedzielną Mszę - stwierdza.
Pani Ula ma zresztą nadzieję, że uda jej się niedługo zmienić pracę. Po przeszkoleniu zamierza wrócić do wyuczonego zawodu szwaczki. Bo choć praca przy szyciu butów jest ciężka, ale za to wszystkie soboty i niedziele są wolne.
Wcześniej się nie udało
"Solidarność" ma nadzieję, że Sejm przyspieszy prace nad nowelizacją kodeksu pracy, który utknął w komisjach. Projekt, przedstawiony w maju przez posłów LPR, ma na celu wprowadzenie powszechnego zakazu pracy w niedziele i święta w hiper- i supermarketach i ograniczenie jej w innych sektorach handlu. Praca w takie dni byłaby możliwa tylko za pisemną zgodą pracownika w małych sklepach, aptekach, hotelach, na stacjach benzynowych, na targach i wystawach. Pracownik nie mógłby odmówić pracy w niedziele lub święta, jeżeli byłaby ona konieczna m.in. dla ratowania zdrowia i życia, usunięcia awarii, a także zapewnienia bezpieczeństwa.
Część ekspertów sejmowych jest jednak zdania, że projekt zawiera zapisy niezgodne z Konstytucją. Jeśli bowiem pojawi się zakaz handlu w niedziele i święta, to musi on dotyczyć wszystkich sklepów, inaczej zostanie uznany za taki, który nierówno traktuje różne podmioty gospodarcze. Da się natomiast obronić zapis o możliwości otwierania aptek lub sklepów na stacjach benzynowych. Z drugiej jednak strony dyrekcje supermarketów już zatrudniły sztaby prawników, które zastanawiają się, jak można by obejść takie zapisy. Zapowiada się więc ostra walka prawna, tym bardziej że i w Sejmie, i poza nim nie brakuje przeciwników ograniczenia handlu w imię swobód obywatelskich i prawa do robienia zakupów w dni świąteczne.
Projekt Ligi to nie pierwsza próba ograniczenia handlu. W 2001 roku przyjęta została nawet przez parlament odpowiednia nowelizacja prawa pracy w tym zakresie, ale zawetował ją prezydent Aleksander Kwaśniewski, a w Sejmie liczba zwolenników zakazu handlu była zbyt mała, aby weto odrzucić.
W następnych latach własne regulacje próbowały wprowadzić lokalne samorządy, m.in. w Zgierzu i Radomiu. Radnym miejskim udawało się nawet przyjąć uchwały o całkowitym lub częściowym zakazie handlu, ale przepisy te uchylali z reguły eseldowscy wojewodowie. Po ostatnich wyborach sytuacja jednak się zmieniła i powstały warunki, aby w Sejmie rozpocząć dyskusje nad handlem. Manifestacja "Solidarności" miała przypomnieć posłom o tej sprawie i nakłonić ich do szybszego działania.
Za granicą już tak jest
Jednym z podstawowych argumentów zwolenników zamykania sklepów w niedziele i święta jest przykład niektórych państw zachodnich, gdzie takie regulacje istnieją, a mimo to gospodarka funkcjonuje normalnie. Pamiętajmy, że w Europie generalnie obowiązuje pięciodniowy tydzień pracy (oczywiście poza pewnymi sektorami, jak zdrowie, policja czy energetyka). Co ciekawe, w handlu największa swoboda panuje w krajach byłego bloku wschodniego, w których możliwość handlowania w niedziele potraktowano jako jedną ze swobód obywatelskich.
Tymczasem w Niemczech, choć i tam lobby marketów próbuje wymusić zniesienie zakazu, od 50 lat nie można otwierać w niedziele sklepów. Sprawą zajął się nawet tamtejszy Trybunał Konstytucyjny, który kilka lat temu orzekł, że "zakaz handlu w niedziele nie jest sprzeczny z niemiecką ustawą zasadniczą". Trybunał wyszedł bowiem z założenia, że od zysków koncernów handlowych o wiele ważniejsza jest konstytucyjna ochrona niedziel i świąt jako dni wolnych od pracy, bo jest to "czas duchowej odnowy". I co ważne, wbrew oskarżeniom różnych antychrześcijańskich mediów ta zasada wypływa nie tylko z nakazów religijnych, ale z wolnych niedziel korzystają wszyscy: i wierzący, i niewierzący, bo jest to czas "odpoczynku i pogłębiania życia rodzinnego". Najważniejsze jest bowiem to, że według niemieckiego TK praca w niedziele jest właśnie złamaniem podstawowych praw obywatelskich.
W innych krajach handel jest dozwolony tylko w centrach turystycznych (Belgia), a jeśli nawet można otwierać sklepy w niedziele, to dotyczy to tylko jednej niedzieli w miesiącu (Holandia).
W Europie Zachodniej trwa oczywiście wzmożona kampania koncernów handlowych za zniesieniem zakazu, ale na razie w wielu krajach przeciwne temu jest społeczeństwo, a padają nawet głosy, aby ograniczyć ekspansję marketów, a bronić drobnego handlu (np. we Francji).
Co ciekawe, w zlaicyzowanej Europie jesteśmy świadkami sojuszu Kościoła, związków zawodowych i sklepikarzy przeciwko super- i hipermarketom. Pracownicy dostrzegli bowiem, że politycy mogą szybko zmienić zdanie w sprawie handlu, bo są podatni na różne "argumenty" biznesu, a Kościół nie zmienia swojego nauczania w sprawie świętości niedzieli.
Zyski nie spadną
Zakaz handlu w niedziele i święta najbardziej krytykują liberalni politycy i ekonomiści, którzy wspierają w tym wielkie zagraniczne sieci handlowe. W obecnym parlamencie najbardziej krytycznie do takich projektów odnoszą się posłowie PO i SLD. Ich zdaniem, zakaz spowoduje likwidacje kilkudziesięciu tysięcy miejsc pracy, pada nawet liczba 50-60 tysięcy. Ponadto zwolennikom zakazu zarzuca się zbytnią ingerencję w sferę biznesu, która powinna być "wolna od nacisków politycznych". Aczkolwiek nikt jakoś nie wyjaśnił dokładnie, dlaczego regulowanie czasu pracy sklepów ma być takim "naciskiem".
Wiadomo, że organizacje kupieckie, zrzeszające drobny i średni handel, popierają taki zakaz. - W ten sposób polepszone zostaną warunki konkurencji małych sklepów i tych wielkopowierzchniowych - tłumaczy Jerzy Grosicki ze Stowarzyszenia Kupców Polskich w Radomiu. - Poza tym wiele małych sklepów to placówki rodzinne, więc dla tych ludzi praca w niedziele oznacza, że nie mają oni jednego dnia w tygodniu dla siebie. W roku takich dni wolnych jest ledwie kilka przy okazji najważniejszych świąt, jak Boże Narodzenie czy Wielkanoc.
Okazuje się jednak, że nawet wśród szefów supermarketów nie ma zgodności w sprawie niedzielnego handlu. Oficjalnie wszyscy są przeciw, ale w poufnych rozmowach ich stanowisko nie jest już tak ostre. - Nie jestem przeciwnikiem zakazu, pod warunkiem jednak, że obowiązywałby on w całej Polsce i dotyczył wszystkich - powiedział nam dyrektor jednego z hipermarketów, prosząc ze zrozumiałych względów o niepodawanie nazwiska. Za takie wypowiedzi mógłby po prostu stracić pracę. Nasz rozmówca tłumaczy, że nie tak dawno był na spotkaniu, które w Warszawie zorganizowała ich sieć handlowa. Analizowano tam m.in. skutki wprowadzenia zakazu handlu w niedziele i święta. Podczas dyskusji okazało się, że ta ewentualna decyzja wcale nie musi spowodować zwolnień ani spadku zysków sklepów.
Po pierwsze, w wielu placówkach brakuje teraz rąk do pracy, więc skrócenie tygodnia pracy pozwoli na rozwiązanie tego kłopotu. Nie powinno być też dzięki temu problemów z odbiorem wolnych dni za niedzielę. Po drugie, aby nie stracić klientów i ich pieniędzy, rozważane jest wydłużenie czasu pracy sklepów w piątki i soboty do godz. 24.00, tak aby każdy, nawet ten najbardziej zapracowany klient, mógł zrobić zakupy. Po trzecie, w największych miastach można rozważyć otwieranie marketów przez całą dobę w dni powszednie. Tak jak robią już to niektóre sklepy sieciowe w Warszawie.
Nie oznacza to oczywiście, że markety pogodziły się z tym, że wkrótce zostanie wprowadzony zakaz handlu w niedziele i dni świąteczne. Zanim ustawa przejdzie przez parlament, czeka nas zapewne gorąca debata w Sejmie, Senacie, nie wspominając o dyskusjach w mediach. Większość z nich jest co prawda przeciwko ograniczeniom działalności handlu, ale "Solidarność" liczy, że w tym przypadku parlamentarzyści nie ulegną ich presji.
Krzysztof Losz, "Nasz Dziennik" 2006-11-24
Autor: ea