Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Nie musiało być tak źle

Treść

Sandecja przegrała w Dębicy. Rozczarowała swych sympatyków piłkarska drużyna Sandecji, która - wbrew optymistycznym prognozom - gładko przegrała w Dębicy. Rezultat 3-0 dla Wisłoki może sugerować zdecydowaną dominację miejscowych. Tymczasem wcale nie musiało dojść do tak niekorzystnego dla sądeczan rozstrzygnięcia.



Wystarczyło, by wszyscy, podkreślmy to słowo - wszyscy piłkarze wykazali w niedzielnym spotkaniu podobną wolę walki do tej zaprezentowanej w swym występie przeciwko rezerwie krakowskiej Wisły. Zabrakło niestety tym razem wiary w sukces, zabrakło determinacji, zabrakło też pomysłu na stawienie czoła rozpędzonym rywalom. Sandecja dała się po prostu wypunktować.

Porażka w Dębicy sprawiła, że sytuacja biało czarnych w tabeli ponownie mocno się pokomplikowała. Różnice punktowe między zespołami są minimalne, w związku z czym każda kolejna runda spotkań może przewrócić kolejność w dolnych rejonach trzecioligowej drabinki. Problem jest o tyle nabrzmiały, że nadal nie wiadomo, ile drużyn dotknie degradacja.

Nawet najświatlejsze głowy w PZPN nie potrafią podać jasnych zasad odnoszących się do liczby zespołów przeznaczonych do spadku z interesującej nas klasy rozgrywkowej. Wyjście jest jedno: szansy na powiększanie swego dorobku należy szukać w każdym kolejnym meczu. Bez oglądania się na klasę przeciwnika. Szansa takowa oczywiście istnieje. Pod warunkiem, że wyjdzie się jej naprzeciw.

Trener Bogusław Szczecina:

- Nie ukrywam, że jestem rozgoryczony. Byłem przekonany, że zwycięstwo z Wisłą II odmieni zespół, że natchnie chłopców nowym duchem. Tymczasem - przykro to mówić - kilku graczy przeszło w Dębicy obok meczu. Tak, jak gdyby nie zdawało sobie sprawy, w jakiej sytuacji znajduje się Sandecja. Ich Sandecja! Ta, która za kilka lat obchodzić będzie stulecie swego istnienia. Jadąc na mecz z Wisłoką liczyłem na remis, może nawet na zwycięstwo. I proszę mi wierzyć, była szansa na punkty. Wisłoka niczym szczególnym nie zaimponowała. Ale jeśli tracimy takie bramki, że gość liczący półtora metra w kapeluszu, głową po rzucie rożnym kieruje piłkę do siatki, to o czym my rozmawiamy? Całe szczęście, że po naszej myśli poukładały się wyniki spotkań z udziałem drużyn sąsiadujących z nami w tabeli. Sytuacja nie jest więc jeszcze tragiczna. Myśląc jednak realnie o jej poprawieniu, już w najbliższej potyczce z Orlętami w Radzyniu Podlaskim musimy zagrać z nieporównywalnie większym zębem.

(DW), "Dziennik Polski" 2007-05-15



Autor: ea