Odeszli 2006, cz.I
Treść
Kazimierz Bryndza (16 marca 1937- 16 kwietnia 2006)
Dziennikarz "Gazety Krakowskiej", kierownik żywieckiego i sądeckiego oddziału tej gazety, współpracownik "Dziennika Polskiego", rzecznik prasowy ZUS. Urodził się w Wadowicach, ale większą część swojego życia spędził w Nowym Sączu. W pamięci wielu czytelników zapisał się jako autor lapidarnych informacji podpisywanych (K-B). W trakcie kilku dekad pracy poznał dokładnie niemal każdą miejscowość Sądecczyzny, Podhala, Limanowskiego i Gorlickiego. Obsługiwał oficjalne konferencje partyjne, dożynki, jubileusze. Pisywał materiały interwencyjne, pomagał zwykłym ludziom, których dotknęło jakieś nieszczęście, skrzywdziła urzędnicza machina czy ktoś z sąsiadów. Znał dziesiątki anegdot i dowcipów oraz łacińskich sentencji.
Mocno przeżył w latach 90. konieczność odejścia ze swojej redakcji. Nie chciał jednak stać na uboczu. Dzięki życzliwości dyrektor Janiny Popieli, najpierw jako rencista, później już jako pełnoprawny emeryt, został na pół etatu rzecznikiem prasowym ZUS. Nawiązał też współpracę z "Dziennikiem Polskim". Ostatnie tygodnie życia spędził w szpitalu, najpierw w Nowym Sączu, później w Limanowej. Miał problemy z mówieniem, porozumiewał się pisemnie.
Zbigniew Drobot (8 października 1936 - 20 marca 2006)
Od schyłku lat 50., do początku lat 80. ub. wieku, działacz w założonym przez siebie LZS, później Jedności, wreszcie LKS Beskid Nowy Sącz. Czas dzielił między pracę zawodową w Regionalnej Izbie Obrachunkowej i treningi. Był zawodnikiem oraz szkoleniowcem w sekcji podnoszenia ciężarów. Startował w kategorii średniej, do 75 kg i choć wielkich międzynarodowych sukcesów nie zanotował, to jednak liczył się na arenie ogólnopolskiej, wychowując świetnych sztangistów, m.in. Romana Kiryłowa i Jerzego Saweczkę.
- Pod swą opieką miał przeszło 70 atletów i 90 procent spośród nich robi dzisiaj kariery zawodowe - wspominali Zbigniewa Robota przyjaciele i wychowankowie. - Widać było, że praca z nami sprawia Mu autentyczną przyjemność. Był niezwykle sumienny, obowiązkowy, nie przypominam sobie, by kiedykolwiek spóźnił się na zajęcia. Często wpadał na nie wprost z wyjazdu na kontrole skarbowe, prowadzone w różnych miejscowościach. Tryskał przy tym humorem, godzinami potrafił opowiadać dowcipy. Jeszcze niedawno można go było zobaczyć przed szóstą rano, biegającego z psami nad Dunajcem. Kilka lat temu zaniedbał grypę. Mimo mrozów nigdy nie nosił czapki. Zaczęły się powikłania sercowe. I właśnie te kardiologiczne schorzenia były przyczyną Jego śmierci. Ciężaru choroby nie mógł już udźwignąć.
Zofia Flisówna (25 marca 1915 - 5 kwietnia2006)
Urodzona w Wiedniu miłośniczka i znawczyni kultury oraz historii Nowego Sącza, jedna z założycielek Klubu Inteligencji Katolickiej, Honorowy Prezes Towarzystwa Gimnastycznego "Sokół".
Pochodziła z zasłużonej dla Nowego Sącza rodziny. Jej ojciec Stanisław - adwokat, legionista, prekursor skautingu, przez wiele lat był w mieście prezesem Towarzystwa Gimnastycznego "Sokół". Pani Zofia (podobnie jak jej siostry i bracia) wyrastała w atmosferze miłości do Boga i Ojczyzny, szacunku dla kultury narodowej i regionalnej. W Jej nekrologu rodzina napisała: "Żyła po to, aby sprawiać radość. Nigdy nikomu nie odmówiła pomocy. Prawdziwy przyjaciel ludzi". Te trzy zdania w sposób niezwykle lapidarny, ale jakże celny, charakteryzują postać Zofii Flisówny.
Była absolwentką Prywatnego Żeńskiego Gimnazjum, studiowała matematykę na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez długi czas pracowała jako nauczycielka m.in. w Szkole Gospodarczej i Technikum Samochodowym. W roku 1970 przeszła na emeryturę. Angażowała się w życie kulturalne Sądecczyzny. Zawsze można Ją było spotkać na koncertach Starosądeckich Festiwali Muzyki Dawnej, Dni Sztuki Wokalnej im. Ady Sari, Sądeckiego Festiwalu "Jubilaei Cantus". Przygotowywała piękne stroiki, kompozycje z kwiatów, traw i słomy, którymi w Jej imieniu obdarowywały wielkich artystów dziewczęta ubrane w lachowskie stroje. Dbała o wystrój kościoła św. Kazimierza, układała bukiety na ołtarzach, wykonywała wielkanocne palmy. Robiła to z poczucia obowiązku i potrzeby serca.
Zofię Flisówną tak wspomina Irena Styczyńska: - Znałyśmy się wiele lat. To była osoba, o której nie można powiedzieć, żeby wszystkich dopuszczała blisko do siebie. To wynikało z tradycji jej rodziny, z poczucia rodowej dumy. Jej dziadkiem był burmistrz Włodzimierz Olszewski, ojcem - Stanisław Flis, wielcy patrioci, znamienici obywatele. Kiedy pytałam ją o cokolwiek z historii Nowego Sącza, a znała ją wyśmienicie, w domu miała przecież świetnie wyposażoną bibliotekę, gromadziła najróżniejsze dokumenty, nigdy nie odmówiła pomocy. Posiadała wiele informacji na temat sądeckiego mieszczaństwa. Spotykałyśmy się też w ramach Towarzystwa Gimnastycznego "Sokół", które po latach niebytu zostało reaktywowane. Była skarbnicą cennych informacji na ten temat. Cieszyła się z rozbudowy i modernizacji "Sokoła", bo przecież żyła w aurze sokolstwa. Bardzo była przywiązana do kościoła św. Kazimierza. Jej ojciec był jednym z pomysłodawców budowy tej niegdyś kaplicy szkolnej. Była mistrzynią w sztuce zdobnictwa. Zofia mówiła mi niegdyś, że ona nie mogła pokonywać wielkich przestrzeni, ale za to zawsze starała się w domu coś pożytecznego dla kogoś zrobić. Coś dla Kogoś - to była dewiza Jej długiego życia.
Tadeusz Hardy (10 sierpnia 1952 - 12 października 2006)
Nauczyciel I Liceum i Gimnazjum im. Jana Długosza w Nowym Sączu.
Absolwent Wydziału Chemii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Po studiach pracował w Technikum Chemicznym w Starym Sączu, w sądeckim II LO i Centrum Doskonalenia Nauczycieli. Od 1989 r. nieprzerwanie był związany ze swoją "pierwszą budą". 1 października br. przeszedł na emeryturę. Nie stracił jednak kontaktu z dydaktyką. Został zatrudniony "na godzinach".
12 października wieczorem razem z gronem pedagogicznym z okazji Dnia Edukacji Narodowej uczestniczył w spotkaniu, które zostało zorganizowane w ośrodku wczasowym w Cieniawie. Nagle upadł. Wezwano karetkę pogotowia. Reanimacja nie przyniosła skutku.
- Wszyscy jesteśmy wstrząśnięci - opowiadał "Dziennikowi Polskiemu" dyrektor I LO Aleksander Rybski. - Tadeusz odszedł przy nas. Był wspaniałym kolegą, człowiekiem wielkiego serca i życzliwości. Swój zawód wykonywał z pasją. Wychował m.in. całą plejadę sądeckich lekarzy, których znakomicie uczył chemii. Miał swoje niekonwencjonalne metody. Potrafił sobie zdobyć młodzież poczuciem humoru i radością życia. Dwa lata temu w plebiscycie uczniów całej naszej szkoły został wybrany "Nauczycielem Roku". W br. tym tytułem obdarzyli go gimnazjaliści. Żył rodzinnie. Cieszył się z sukcesów najbliższych. Wielu ludziom będzie Go teraz brakowało.
Autor: ea