Odeszli 2006, cz. IV
Treść
Jerzy Piechowicz (15 czerwca 1920 - 21 lutego 2006)
Jeden z najwybitniejszych współczesnych sądeczan, przedstawiciel coraz rzadziej spotykanych ludzi renesansu. Człowiek niezliczonych pasji, różnorakich i wszechstronnych zainteresowań. Aktywny do ostatnich dni jako znakomity, ceniony zarówno przez klientów, jak i kolegów z palestry prawnik, udzielający się społecznie, żyjący problemami swego ukochanego - choć nie rodzinnego - miasta. Człowiek, który - zdaniem wielu, jak mało kto zasłużył sobie na miano Honorowego Obywatela Nowego Sącza.
Urodził się w Olkuszu, gdzie spędził lata młodości. Po wybuchu II wojny światowej walczył w kampanii wrześniowej jako żołnierz 20 Pułku Piechoty. Internowany w Szwajcarii, gdzie w 1946 r. ukończył wydział prawa w Uniwersytecie we Fryburgu. Po powrocie do kraju pracował jako aplikant sądowy w Tarnowie, by w 1952 r., po uzyskaniu dyplomu w Uniwersytecie Jagiellońskim, rozpocząć karierę adwokacką. W 1967 r. osiadł w Nowym Sączu. Pod koniec lat osiemdziesiątych, pełniąc funkcję wiceprzewodniczącego RM, wystąpił w roli jednego z głównych bojowników o przywrócenie miastu historycznego herbu z wizerunkiem św. Małgorzaty.
Jerzy Piechowicz biegle władał kilkoma językami, znał kanon literatury światowej, pasjonował się historią - zarówno powszechną, jak i regionalną. Jawił się jako wytrawny znawca kultury i sztuki, brylował w elicie kibiców sportowych, szczególnie Sandecji. Ściany Jego domu zdobiły cenne obrazy, w tym liczne dzieła sądeckiego mistrza Bolesława Barbackiego. Z wielką skrupulatnością odtwarzał historię Nowego Sącza, będąc autorem monumentalnego, liczącego 11 tomów opracowania pt. "Sądeczanom walczącym o niepodległość Polski".
Największą pasją Mecenasa była jednak filatelistyka. Należał do wąskiego grona najwybitniejszych reprezentantów tej dziedziny w Polsce, może nawet w Europie. Szczycił się niepowtarzalną kolekcją wszystkich na świecie puszczonych do obiegu znaczków z podobizną Jana Pawła II. Właśnie papieskie marki eksponował w Sądeckiej Bibliotece Publicznej na ostatniej przygotowanej przez siebie wystawie, w październiku 2005 r.
Niedługo przed śmiercią Jerzy Piechowicz zaprezentował w redakcji "Dziennika Polskiego" efekty swoich ostatnich historycznych penetracji. Z ogromną starannością przygotował do druku, bogato ilustrowane zdjęciami monografie: miejsc pamięci narodowej na sądeckim cmentarzu komunalnym oraz spoczywających na nim wszystkich żołnierzy. Tak jest: wszystkich! Począwszy od generałów Kustronia i Pierackiego, skończywszy na nastoletnich legionistach oraz szeregowych uczestnikach zrywów narodowych: powstania listopadowego i styczniowego. Autor nie doczekał edycji efektów swej dociekliwości.
Zygmunt Podhalański (3 stycznia 1921 - 5 marca 2006)
Podporucznik Armii Krajowej, więzień obozów koncentracyjnych Auschwitz i Mauthausen.
Urodził się w Tęgoborzy. Był absolwentem I Liceum i Gimnazjum im. Jana Długosza w Nowym Sączu. W czasie II wojny światowej pracował w konspiracji, był żołnierzem AK. Po aresztowaniu trafił do obozów koncentracyjnych.
W Nowym Sączu przez długie lata pełnił funkcję wiceprezesa Spółdzielni Pracy Rękodzieła Artystycznego "Twórczość". Kierował też sądeckim Związkiem Inwalidów Wojennych RP.
- To wiadomość bardzo smutna dla naszego środowiska - mówił Leopold Lachowski, prezes Koła Miejskiego Związku Kombatantów RP i Byłych Więźniów Politycznych. - Zygmunt Podhalański był członkiem naszej organizacji, pracował też w Zarządzie Okręgowym w Krakowie. Był również członkiem Społecznego Komitetu Odbudowy Miejsc Pamięci Narodowej i Rady Kombatanckiej. Bardzo mocno angażował się społecznie. Kilka dni temu byłem u Niego w domu, gdzie omawialiśmy sprawy, które trzeba będzie poruszyć na najbliższym posiedzeniu. Odszedł człowiek wielkiej prawości, patriota, serdeczny kolega i przyjaciel, któremu bardzo na sercu leżały sprawy Polski i Nowego Sącza.
Teresa Postrożny-Niemiec (24 lipca 1962 - 19 maja 2006)
Zginęła w wypadku samochodowym w miejscowości Lipowa k. Żywca. Osierociła dwójkę dzieci w wieku 6 i 8 lat.
Lekarka o specjalizacji chorób wewnętrznych oraz diabetologii. Od kilkunastu lat pracowała w sądeckim szpitalu. Była lekarzem z powołania, zawsze ciepła i życzliwa dla pacjentów. Miesiąc przed śmiercią w Klinice Chorób Metabolicznych Collegium Medicum UJ w Krakowie zdała egzaminy końcowe i uzyskała specjalizację diabetologiczną. Wtedy powiedziała "Dziennikowi Polskiemu", a było to na miesiąc przed wypadkiem: - Cieszę się, że doprowadziłam moje zamierzenie do finału. Zdobycie specjalizacji jest dla mnie sporą satysfakcją.
Do szpitala w Nowym Sączu trafiła zaraz po ukończeniu studiów medycznych. Pracowała m.in. na oddziale internistyczno-kardiologicznym, później na oddziale chorób wewnętrznych. Przez wiele lat związana była z przyszpitalną przychodnią diabetologiczną. Pod drzwiami jej gabinetu lekarskiego ustawiały się zawsze długie kolejki pacjentów. Przyjmowała chorych na cukrzycę również w innych przychodniach w mieście i powiecie. Ostatnie 2,5 roku dojeżdżała do Kliniki Chorób Metabolicznych Collegium Medicum UJ oraz Instytutu Pediatrii w Krakowie-Prokocimiu na staże związane z robieniem specjalizacji z zakresu diabetologii.
Józefa Smoleń, prezes Zarządu Powiatowego Polskiego Stowarzyszenia Diabetyków w Nowym Sączu:
- Doktor Teresa pracowała z nami przez niemal 15 lat. Cóż można o niej powiedzieć? Tylko to, co najlepsze. Długo jeszcze będziemy wspominać jej dobroć, troskliwość i emanujące z niej ciepło. I te roześmiane oczy. Pełne życzliwości dla wszystkich. Zawsze też, nie patrząc na zegarek, potrafiła wysłuchać do końca każdego z pacjentów. Dzięki temu mogła poznać źródła choroby, a tym samym wygrać, dla wielu z nas, walkę o życie. Taka była doktor Teresa. Nie będzie nadużyciem, jeśli powiem, że była dla nas prawdziwą matką, choć miała zaledwie 44 lata.
- By określić dr Teresę jako człowieka i lekarza trzeba by użyć wszystkich przymiotników o pozytywnym znaczeniu - wspomina Jan Korzeń, człowiek zmagający się z cukrzycą od wielu lat. - Powiedziałbym, że jej dobroć wychodziła wszystkimi porami skóry. Dla niej nieważny był czas, nieważne miejsce. Często porad medycznych udzielała nawet podczas przypadkowego spotkania na ulicy. Wszystko w trosce o pacjenta. To był doktor Judym w spódnicy. Przypomnieć chcę, że przez jakiś czas, gdy urzędnicy zapomnieli o kontrakcie dla opiekuna diabetyków, m.in. dr Teresa nie opuściła nas ludzi chorujących na cukrzycę. Leczyła, pracując społecznie.
Cieszyła się, że po zrobieniu specjalizacji będzie mogła zdecydowanie więcej czasu poświęcić dzieciom, że będzie miała możliwość obcowania z literaturą piękną, którą przez jakiś czas zaniedbywała. Planów i marzeń miała wiele.
Józef Pyka (15 marca 1932 - 26 lipca 2006)
Trener, nauczyciel i wychowawca. Człowiek, dzięki któremu na przełomie lat 60. i 70. ub. wieku, głośno było w Polsce o nowosądeckiej piłce ręcznej w męskim wydaniu.
Przez długi okres związany był zawodowo z sądeckim Technikum Ekonomicznym. Uczył tutaj wychowania fizycznego, przysposobienia wojskowego i obronnego oraz higieny. Później pełnił funkcję wizytatora w Wydziale Oświaty Prezydium Powiatowej Rady Narodowej, przemianowanym następnie w Kuratorium Oświaty. Jesienią 1968 r., wraz z Jackiem Grzegorczykiem powołał do życia sekcję piłki ręcznej mężczyzn w ówczesnym WCKS Dunajec. Wkrótce prowadzona przez Niego drużyna zaczęła odnosić sukcesy, a na mecze toczone na asfaltowych boiskach I i II LO, Technikum Samochodowego czy Technikum Elektrycznego przychodziły tłumy kibiców. To właśnie spod ręki Józefa
Pyki wyszli tej miary zawodnicy, co Roman Gerhard, Tadeusz Salamon, Stanisław Leszek Kopeć, Grzegorz Majka, by wymienić tylko tych najbardziej znanych. Był czas, gdy Dunajec ocierał się o awans od bardzo silnej w tamtym czasie II ligi, a na przeszkodzie w realizacji celu stanął właściwie tylko brak w Sączu zadaszonego obiektu, w którym można było rozgrywać spotkania szczypiorniaka.
- To był człowiek owładnięty pasją - wspomina Jacek Grzegorczyk. - Żył piłką ręczną, kochał swych zawodników, był dla nich jak ojciec. Oni to czuli, odpłacając mu za to oddanie do bólu ambitną postawą na boiskach. Józek uwielbiał też grać w siatkówkę, pasjonował się fotografiką, nade wszystko jednak upodobał sobie kolarstwo. Pamiętam, że wspólnie kupiliśmy kiedyś supernowoczesne wyścigówki huragany, na których na złamanie karku szusowaliśmy po okolicznych wzgórzach.
"Dziennik Polski" 2006-10-31
Autor: ea