Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Odeszli 2006, cz. V

Treść

Halina Anastazja Rojek (21 czerwca 1932 - 19 marca 2006)

Przez wiele lat związana z Towarzystwem Przyjaciół Sztuk Pięknych w Nowym Sączu. W latach 1994-98 była jego prezesem. Środowisko twórcze nie tylko Nowego Sącza, ale także Krynicy, Szczawnicy i Muszyny, a więc miejscowości, w których TPSP miało swoje oddziały, pamięta panią Halinę zawsze dystyngowaną, elegancką i uśmiechniętą. Swoją osobą podkreślała, że należy do świata sztuki, choć nie podejmowała żadnej działalności twórczej.

Z wykształcenia była pedagogiem, później przeszła na stanowisko inspektora w Limanowej, skąd pochodziła. Piastowała także urząd kuratora w Nowym Targu. Zgodnie z nazwą Towarzystwa, określiła swoje miejsce bardzo blisko ludzi sztuki i cały czas im służyła. Zrezygnowała z funkcji prezesa ze względu na stan zdrowia. Zajęła się prowadzeniem kronik, które same w sobie są dziełem sztuki.

Do ostatniej chwili czynnie uczestniczyła w życiu Towarzystwa, podczas ostatniego walnego zebrania, przygotowując wystąpienie na temat jubileuszu 50-lecia Towarzystwa.

Dr Kazimierz Roman (14 września 1944 - 14 listopada 2005)

Były dyrektor szpitala w Krynicy-Zdroju, znakomity chirurg i ratownik GOPR.

- Doktor Kazimierz Roman to człowiek wielce zasłużony dla naszej placówki, dla całego uzdrowiska - wspominał zmarłego Marek Surowiak, dyrektor krynickiego szpitala. - Wyróżniał się nie tylko wiedzą i doświadczeniem zawodowym, ale przede wszystkim wyważonymi sądami, niekonfliktową osobowością, wysoką kulturą osobistą i poczuciem sprawiedliwości. Posiadał rzadką umiejętność kierowania zespołami ludzi. Za swoją działalność został uhonorowany wieloma nagrodami i wyróżnieniami, m.in. Złotym Krzyżem Zasługi. Interesował się malarstwem, rzeźbą i fotografią. Był członkiem Krynickiego Towarzystwa Fotograficznego. Jego pasją był też sport. W tym roku zdobył tytuł mistrza świata lekarzy w tenisie ziemnym w swojej grupie wiekowej.

Kazimierz Roman urodził się w Szczekocinach. Ukończył Śląską Akademię Medyczną w Katowicach. Pracę zawodową rozpoczął w 1970 r. w Szpitalu Miejskim w Strzelnie, później znalazł zatrudnienie w Zabrzu. W 1973 r. trafił do Krynicy, gdzie został asystentem oddziału chirurgii ogólnej. W latach 1991-97 pełnił funkcję dyrektora Zespołu Opieki Zdrowotnej, a potem do roku 2004 był zastępcą dyrektora ds. medycznych. Był pierwszym przewodniczącym Komisji Zakładowej NSZZ "Solidarność" w szpitalu. Kierował też Stacją Pogotowia Ratunkowego. Przed rokiem przeszedł na emeryturę. Nadal jednak pełnił dyżury jako lekarz specjalista w Poradni Chirurgii Ogólnej. Cieszył się dobrą opinią wśród pacjentów.

Od ponad dwudziestu lat pracował społecznie w GOPR, jako starszy instruktor i ratownik. Tutaj jego medyczne umiejętności szczególnie się przydawały.

- Wielokrotnie uczestniczył w akcjach - mówi prezes Zarządu Głównego i Grupy Krynickiej GOPR Jan Łuszczewski. - Spieszył z pomocą ludziom, którzy jej potrzebowali, ratował ich życie. Dzielił się swoją wiedzą i doświadczeniem z młodszymi kolegami. Pracował też w zarządzie naszej jednostki. Zawsze można było na niego liczyć. Kochał góry, razem z najbliższymi często wędrował turystycznymi szlakami. Świetnie jeździł na nartach. Był naszym serdecznym przyjacielem, człowiekiem wielkiego serca i prawości.

Józef Rybski (2 kwietnia 1916 - 15 stycznia 2006)

Legendarny mistrz krawiecki, który przed wojną w zakładzie swojego kuzyna w Krynicy szył garnitury na miarę dla najznamienitszych postaci ówczesnego świata polskiej polityki i kultury. Do 80. roku życia prowadził własną pracownię krawiecką przy ul. Zdrojowej w Nowym Sączu.

- Ojciec urodził się w Rożnowie - opowiadał dyrektor I LO Aleksander Rybski. - Mając 13 lat pojechał do Krynicy terminować w pracowni swojego kuzyna, dużo od niego starszego, także o tym samym nazwisku. Wówczas garnitury zamawiali tam między innymi marszałek Piłsudski, prezydent Mościcki, nasza śpiewacza chluba, Jan Kiepura. Tata brał też miarę na ubrania od ówczesnej generalicji i duchowieństwa. Krynicki zakład został zamknięty. Syn taty kuzyna zginął podczas wojny. Ojciec podjął samodzielną działalność w Nowym Sączu. Jeszcze cztery lata temu szył mi garnitur.

Józef Rybski cieszył się ogromną popularnością w mieście. Zamawiała u niego garnitury i smokingi sądecka inteligencja. Miał rozległe znajomości i kontakty. Był szanowany w branży. Klienci, powołując się na niego, otrzymywali w sklepach najlepsze materiały, od razu z podszewką i dodatkami. Wszystko robił ręcznie, łącznie z wykończeniówką. Gwarantował najlepszą jakość, szyk i elegancję tego, co wychodziło z jego rąk.

- Tata, przy tym wszystkim, wychował trzech synów: na matematyka, inżyniera-ciepłownika i lekarza. Zaszczepił w nas zamiłowanie do sportu. Brał udział w międzynarodowych spływach kajakowych ze swoimi uczniami z zakładu. Raz zajął trzecie miejsce. Jeździł świetnie na nartach. Latem brał nas na pływalnie - wspomina Aleksander Rybski.

Odszedł jeden z ostatnich mistrzów igły Rzeczpospolitej Sądeckiej.

Adam Sieja (12 czerwca 1955 - 20 maja 2006)

Prezes Okręgowego Związku Piłki Nożnej w Nowym Sączu. Serce, które bez reszty oddał futbolowi nie wytrzymało kolejnego stresu.

Kilkakrotnie wysyłało wcześniej sygnały ostrzegawcze. Lekceważone przez Adresata, któremu wciąż brakowało czasu, by zadbać o swe zdrowie. Odmówiło wreszcie posłuszeństwa, w chwili najmniej ku temu odpowiedniej. W przededniu mistrzostw świata, w końcowej fazie sezonu, kiedy ważą się losy wielu klubów, na kilka tygodni przed od dawna oczekiwaną przez Zmarłego uroczystością rodzinną.

W 1974 r. zdał maturę w I LO. Jeszcze w trakcie nauki swoje sportowe pasje realizował jako piłkarz ręczny. Nie dysponował imponującymi warunkami fizycznymi, ale dzięki rzadko spotykanej inteligencji w grze, szybko stał się czołowym zawodnikiem Dunajca. Później, już po ukończeniu studiów we wrocławskiej AWF, skoncentrował się na działalności trenerskiej ze wspomnianym zespołem, by odkryć w sobie miłość do nieco innego rodzaju piłki - tej kopanej. W 1983 r. podjął pracę jako sekretarz w Okręgowym Związku Piłki Nożnej. Wybrano go wkrótce wiceprezesem organizacji, a w 1999 stał się osobą nr 1 w nowosądeckim futbolu. W ub.r. powierzono Mu rządy w kolejnej kadencji. Mimo przebytego zawału, sprawował je z bezprzykładnym poświęceniem do końca.

Adam Sieja był osobą nietuzinkową, trudną do sklasyfikowania w którejś z charakterologicznych szufladek. Kochał życie i potrafił korzystać z podsuwanych przez nie atrakcji. Natura obdarzyła go niepodrabialnym poczuciem humoru. Jednym zwrotem, skojarzeniem, spojrzeniem potrafił rozładować największe napięcie. Jawił się zawsze jako dusza towarzystwa, wiedział, jak znaleźć się w każdej sytuacji. A że łatwo można było wyczuć Jego życzliwość nawet dla osób niespecjalnie dobrze Mu życzących, cieszył się rzadko spotykaną popularnością i sympatią ogromnej większości ludzi, w gronie których się obracał. Znano i szanowano Go w futbolowej centrali - wchodził przecież w skład Komisji Rewizyjnej PZPN. Był na "ty" z wszystkimi najważniejszymi personami w polskiej piłce. Nie odmawiały Mu przyjazdu na Nowosądecczyznę takie sławy jak: Grzegorz Lato, Henryk Kasperczak, Antoni Szymanowski. Pracował bez wytchnienia - z pomocą starannie wyselekcjonowanych społeczników, osobiście czuwał nad sprawnym przebiegiem rozgrywek podlegających OZPN. To dzięki Niemu Sądecczyźnie powierzano organizowanie piłkarskich imprez o wymiarze europejskim.

Adam Sieja był po prostu dobrym człowiekiem. Kochał futbol. Jeszcze bliższa od tej życiowej pasji była mu jednak rodzina. Wszystko gotów był poświęcić dla dobra żony, córki, dwóch synów oraz będących dlań oczkiem w głowie wnuczek.

Bronisław Solecki (15 lutego - 12 stycznia 2006)

Operator kablowej telewizji INSAT w Nowym Sączu. Miał zaledwie 49 lat. Był w pełni sił twórczych, do końca niewykorzystanych, ciągle szukający swego miejsca, z którego najlepiej mógłby rozumieć świat i czynnie w nim uczestniczyć. Nie tylko z dociekliwą kamerą w ręku. Bronek chwytał się różnych zajęć, ale najpełniej zaistniał, kręcąc życie sądeczan na gorąco. Dla telewizji INSAT pracował siedem lat. To na tyle długi okres, by wrył nam się w pamięć, jako jeden z najbardziej pogodnych i dowcipnych ludzi związanych z mediami w Nowym Sączu. Z kamerą czy bez, promieniował wokół siebie radosną i ciepłą osobowością. Nigdy nikomu się nie narzucał, ujmował nas skromnością, pozostawał taktownie o krok w tyle, gotów jednak w każdej chwili wyciągnąć pomocną, silną dłoń.

Miał subtelne poczucie humoru, bo w ogóle, delikatna dusza wrażliwca kryła się sprężystym, zdrowym ciele. I to właśnie na nie choroba uczyniła zasadzkę. Bóle głowy, które od pewnego czasu mu dokuczały, a które znosił z wrodzonym sobie wyciszeniem i cierpliwością, okazały się zapowiedzią śmiertelnego zamachu na jego życie. Po operacji w Krakowie, wydawało się, że po rekonwalescencji wróci do dawnej aktywności. Tym bardziej, że łudził nas do końca jego niezmiennie pogodny wyraz twarzy, żart i postawa nieakceptacji wszystkiego, co złe, zarówno w nim samym, jak i wokół niego.

Wacław Stawarz (13 września 1955 - 27 lipca 2006)

Piłkarz, wychowanek Sandecji, w której występy rozpoczął w 1970 r. Dwa lata później grał na środku ataku (i seryjnie strzelał gole) w przywołanej już bardzo silnej drużynie juniorów, prowadzonej przez trenera Ryszarda Aleksandra. Wyróżniał się nie tylko skutecznością, ale przede wszystkich znakomitym wyszkoleniem technicznym - na jego sztuczki dawała się nabierać ogromna większość obrońców rywali - a także nienaganną szybkością. Nieco gorzej radził sobie natomiast w pojedynkach powietrznych. Być może dlatego przegrywał początkowo rywalizację o miejsce w jedenastce seniorów KKS na pozycji centra ze starszym i bardziej doświadczonym Jerzym Bulzakiem. W roku 1974 zadebiutował jednak w pierwszym zespole i pewnie na długo miałby w nim etat, gdyby nie podjęcie studiów w Akademii Wychowania Fizycznego w Krakowie. W mieście tym związał się z trzecioligową Garbarnią, zaliczając w niej kilka dobrych występów. Wkrótce jednak zrezygnował z poważnego traktowania piłki nożnej, ograniczając się do sporadycznego uczestnictwa w meczach toczonych przez Victorię Skalbmierz (za namową prezesa trafił do tego klubu wraz ze wspomnianym Jackiem Bugańskim). Po uzyskaniu tytułu magistra oraz stopnia trenerskiego II klasy państwowej, powrócił do Nowego Sącza, podejmując pracę w Sandecji. Dość nieoczekiwanie powierzono mu obowiązki szkoleniowca pierwszej drużyny seniorów. Był w owym czasie najmłodszym w Polsce trenerem w III lidze. Niebawem poświęcił się szkoleniu trampkarzy. Wkrótce zerwał wszelkie związki z futbolem w sądeckim wydaniu. Skoncentrował się na działalności pedagogicznej. Wychowania fizycznego uczył w SP nr 3, SP nr 13 oraz w Zespole Szkół Mechaniczno-Elektrycznych. Od roku przebywał na emeryturze.

Michał Wrona (24 września 1924 - 28 września 2006)

Limanowski restaurator, prowadził słynną "Myśliwską", która stała się w latach 60. ub. wieku wizytówką miasta w kraju i za granicą. Za jego kierownictwa restauracja otrzymała trzykrotnie ogólnopolską nagrodę "Srebrna Patelnia Światowida". Po 27 latach kierowania restauracją odszedł do nowo otwartej wówczas restauracji "Jaworz". Dał się poznać również jako działacz limanowskiej turystyki i sportu. Był współzałożycielem Towarzystwa Miłośników Ziemi Limanowskiej, długoletnim wiceprezesem klubu sportowego Limanovia, który za jego kadencji awansował do trzeciej ligi.

Stanisław Zaranek (1 lipca 1931 - 4 stycznia 2006)

Znakomity sądecki laryngolog, jeden z ostatnich lekarzy starej daty, u którego leczyło się wiele pokoleń sądeczan. Lekarz przegrał nierówną walkę z ciężką chorobą, z którą od dawna się zmagał.

Absolwent I LO im. Długosza, w połowie lat 50. ukończył Akademię Medyczną w Krakowie. Po studiach rozpoczął pracę w nowosądeckim szpitalu, z którym był związany aż do 1996 r. Szybko doceniono jego wiedzę i doświadczenie, bo w 1961 r. został zastępcą ordynatora oddziału laryngologicznego, kierował też wojewódzką przychodnią laryngologiczną. Żona dr. Zaranka, Janina, przez całe dziesięciolecia była cenionym w mieście pediatrą. Z medycyną związała się też jego córka Jadwiga, która została stomatologiem.

Odszedł kolejny przedstawiciel lekarzy, którzy zawód traktowali jako powołanie do niesienia chorym bezinteresownej pomocy.

(PG, MIGA, DW, WCH, SZEL, TOP) , "Dziennik Polski" 2006-10-31

Autor: ea