Osiedle na barykadach
Treść
Szykanowanie młodzieży, wywieranie na niej presji i prowokowanie do agresywnych zachowań zarzuca policji grupa mieszkańców kilku bloków przy ul. Broniewskiego. Nasi rozmówcy twierdzą, że działania funkcjonariuszy nasiliły się po incydencie, w wyniku którego miał zostać pobity dzielnicowy. Z policyjnych doniesień wynika, że na początku ubiegłego tygodnia 10 nastolatków skopało dzielnicowego, który próbował ustalić, który z nich przebił opony w jego służbowym samochodzie. Funkcjonariusz rzucił się w pogoń za chłopcem mającym w ręku nóż, ale pościg udaremnili jego koledzy. Jeden z nich wdał się w szarpaninę z policjantem. Dzielnicowy zdołał powalić go na ziemię i skuć kajdankami, ale gdy klęczał przy nastolatku jego towarzysze zaczęli kopać go w plecy. Policjant ma wybity bark i przebywa na zwolnieniu lekarskim. Nastolatek trafił na 48 godz. do aresztu, po czym w trybie przyspieszonym skazano go na sześć miesięcy pozbawienia wolności z warunkowym zawieszeniem kary na trzy lata. Zarzucono mu czynną napaść na policjanta będącego na służbie, za co grozi do ośmiu lat więzienia. - To wersja policji - oburzają się młodzi ludzie będący świadkami zajścia. - Dla nas to, co wydarzyło się na osiedlu było jednoosobową obroną przed dzielnicowym. Wybity bark, podbite oko Z relacji młodych ludzi wynika, że służbowe auto policjanta zaparkowano w pobliżu bloku przy ul. Broniewskiego 10. Tymczasem oni siedzieli na ławce przed blokiem nr 16. Był wśród nich rzekomy sprawca przebicia opon. Bawił się zardzewiałym nożem, który znalazł w trawie. - W pewnym momencie zobaczyliśmy biegnącego w naszą stronę dzielnicowego - opowiadają chłopcy. - Na jego widok kolega z nożem rzucił się do ucieczki, bo wiedział, że nie wolno nosić przy sobie takich narzędzi. Policjant zatrzymał się przy nas i zapytał, dokąd pobiegł ten chłopak. Powiedzieliśmy, że nie wiemy. Wtedy dzielnicowy zaczął szarpać jednego z nas. Mówiliśmy, żeby przestał, ale po chwili obaj padli na ziemię. Przyjechała grupa interwencyjna i zaczęła bić chłopaka po twarzy. Zabrali go do kabaryny, a nas spisali. Skazany za czynną napaść młodzieniec wrócił do domu z podbitym okiem i sińcami na ciele. Oburzeni tą sytuacją mieszkańcy twierdzą, że od tego incydentu nasiliły się działania policji na osiedlu. Opowiadają o demonstracjach siły funkcjonariuszy, którzy zjawiają się tam kilka razy dziennie, spisując każdego, kto spędza czas przy klatkach schodowych. Kulminacyjnym momentem było zajście z ubiegłego czwartku, gdy legitymowano grupę młodzieży przed blokiem nr 16. Policjant kazał wstać chłopakowi mającemu nogę w gipsie. Zrobiło się nerwowo, gdy okazało się, że nie może podnieść się z ławki. - Funkcjonariusze zaczęli go szarpać, więc stanęliśmy w jego obronie - opowiadają koledzy chłopca. - Wtedy policjanci wykręcili ręce dwóm chłopakom i zaprowadzili ich do samochodu. W obronie młodzieży stanęła sąsiadka obserwująca zdarzenie z okna. - Żona powiedziała, że znowu biją dzieci, choć naszych w tej grupie nie było - opowiada mąż interweniującej kobiety. - Zbiegła na dół, żeby zapytać, o co tym razem chodzi. Ponieważ nie miała przy sobie dokumentów, ją także zamknięto w policyjnym samochodzie. Zdenerwowałem się, więc zapytałem policjantów, co robią. Owszem, użyłem niecenzuralnego słowa, bo puściły mi nerwy. Usłyszałem, że właśnie zapracowałem na mandat w wysokości 500 złotych. Powiedziałem, że go nie przyjmę, więc któryś z policjantów rzucił hasło: "kajdany, gleba, 24 godziny". W tej sytuacji zgodziłem się przyjąć mandat, bo wybiegła za mną trzyletnia wnuczka i bałem się, że gdy rzucą mnie na ziemię, dziecko wpadnie w panikę. Ja muszę zapłacić pięćset, a żona dwieście złotych. Jej wlepiono mandat za to, że nie posiadała dokumentów, choć w odległości do stu metrów od klatki schodowej nie trzeba ich przy sobie nosić. Ucieczka przed mundurem Zdaniem oburzonych mieszkańców efektem działań policji jest postępująca niechęć do stróżów prawa. Ponieważ kilku wylegitymowanych nastolatków także ukarano mandatami, dziś ich koledzy na widok patrolu rzucają się do ucieczki. - Uciekają, bo nie mają pieniędzy, by zapłacić mandat - tłumaczą mieszkańcy bloków przy ul. Broniewskiego. - A potem wracają na ławki, bo na osiedlu nie ma dla nich żadnych innych rozrywek. Skarga na działania funkcjonariuszy trafiła do komendanta miejskiego policji, który zapewnia, że sprawa będzie szczegółowo zbadana i zostanie wyjaśniona. Jeśli zarzuty przekroczenia kompetencji się potwierdzą, to wobec funkcjonariuszy wyciągnięte zostaną konsekwencje. Pytanie tylko, czy znajdą się ku temu podstawy, skoro już teraz wiele wskazuje na to, iż policjanci działali zgodnie z prawem. Aspirant sztabowy Beata Frohlich, rzecznik prasowy komendanta miejskiego policji zapewnia, że interwencje na tym osiedlu były inspirowane przez samych mieszkańców, którzy skarżyli się na głośne i agresywne zachowanie młodzieży. Gdyby na miejsce nie wysłano patrolu, to pojawiłyby się głosy, że policja nie reaguje na telefony z prośbą o rozwiązanie problemu. - Nie powinien też dziwić fakt, że dzielnicowy podejmuje pościg za nastolatkiem uzbrojonym w nóż, a zaatakowany przez grupę młodzieży próbuje się bronić - przekonuje Beata Frohlich. - Jeśli zaś chodzi o zarzut zbyt agresywnego zachowania interweniujących policjantów, to trzeba mieć świadomość, że funkcjonariusze muszą być stanowczy, gdy trzeba zapanować nad dużą grupą młodzieży. Podczas zajścia z dzielnicowym wiedzieli, iż wśród nastolatków są osoby, które mimo młodego wieku weszły już w konflikt z prawem, a niektórzy byli nawet karani za rozboje. Przebiegu takich interwencji nie sposób przewidzieć, bo legitymowani mogą okazać się nieprzewidywalni. Beata Frohlich dodaje, że policjanci mają też prawo karać mandatami osoby, które utrudniają lub przeszkadzają w wykonywaniu czynności służbowych. Dotyczy to osób, które nie są stroną w takim postępowaniu, a więc np. sąsiadów, którzy włączyli się w awanturę pod blokiem, podczas której funkcjonariusze legitymowali nastolatków. Dwie skrajności Beata Frohlich podkreśla, że badanie opinii publicznej pokazało, iż sądeczanom najbardziej doskwiera brak policji w terenie. Tymczasem w przypadku ul. Broniewskiego pojawiają się głosy, iż jest ona zbyt widoczna. - To popadanie z jednej skrajności w drugą - twierdzi Beata Frohlich. - Tymczasem osiedle Barskie, w skład którego wchodzą bloki przy ulicy Broniewskiego, należy do dzielnic, w których najczęściej dochodzi do łamania prawa. Od stycznia do końca czerwca tego roku odnotowano tam aż 60 zdarzeń. To liczba porównywalna z tym, co dzieje się na ulicy Jagiellońskiej, czy na osiedlu Milenium, które od lat mieszczą się w grupie dzielnic najbardziej zagrożonych przestępczością. Najczęściej dochodzi tam do włamań, kradzieży i rozbojów. W tym czasie na osiedlu Barskim odnotowaliśmy 89 interwencji policji. Ponad 90 procent z nich było wynikiem telefonów z prośbą o podjęcie działań. W zgłoszeniach były informacje na przykład o grupie młodzieży zakłócającej ciszę nocną, pijącej alkohol przed klatką schodową, czy agresywnych zachowaniach z użyciem wulgarnych słów. W takich sytuacjach trzeba podjąć interwencję. Niezależnie od tego, którego osiedla dotyczy zgłoszenie. Mieszkańcy bloków przy ul. Broniewskiego z niecierpliwością oczekują efektów postępowania prowadzonego przez inspektorat komendanta miejskiego, który bada skargę na działania policji. Już dziś przewidują, że niezależnie od wyników tego wewnętrznego śledztwa, interwencje na tym osiedlu nadal będą się powtarzać, bo młodzież skazana jest na spędzanie czasu na ławkach i chodnikach. W ten sposób nakręcać się będzie spirala wzajemnej niechęci i agresji po obu stronach tej osiedlowej barykady. PAWEŁ SZELIGA "Dziennik Polski" 06.07.07
Autor: aw