Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Po jednym metrze dla każdego

Treść

Czytelnicy pomagają nam odtworzyć historię muru z macew w starej hali produkcyjnej przy ul. Węgierskiej

Po jednym metrze dla każdego

Monika Kowalczyk

- Mój tato budował tę halę. Był majstrem na budowie spichlerza zbożowego dla Niemców podczas okupacji - mówi pani Genowefa (nazwisko do wiadomości redakcji).



Dzięki jej relacji wiemy, że budowę magazynu zbożowego niemieccy okupanci rozpoczęli w 1941 roku i że do budowy zmusili sądeckich Żydów. Jej ojciec Stanisław Nowak, był majstrem budowlanym, który kierował pracami. Każdego dnia prowadził grupę czterdziestu Żydów trzykilometrową trasą z getta na starym mieście na plac budowy przy ul. Węgierskiej.

Za budowę odpowiadał inżynier Józef Koula, który żydowskich robotników odprowadzał po zakończonej pracy z powrotem do getta.

- Przychodziłam tam czasem z mamą. Przynosiłyśmy obiad dla taty. Pamiętam jak wyglądała budowa, bawiłam się tam czasem w klasy. Widziałam jak Żydzi ciągnęli na wozach kamienie na budowę. Kto wie, może to właśnie były te nagrobki?

Ojciec nigdy o tym nie mówił. Może nie było mu wolno? - zastanawia się pani Genowefa.

Nie dość, że hitlerowcy sprofanowali ich świętość - cmentarz żydowski, to jeszcze zmusili ich do wykorzystania nagrobków jako budulca. To okrucieństwo - dodaje.


***
W październiku 1942 roku, dokładnej daty pani Genowefa nie pamięta, bo miała wtedy tylko 10 lat, ale zapamiętała, że to był piątek - dzień targowy. Tego dnia jej ojca, oraz dozorcę nazwiskiem Enc i panią Berdychowską, która prowadziła bar przy ul. Węgierskiej i dostarczała żywność na budowę aresztowało gestapo. - Bez powodu, jak nam się wówczas wydawało - opowiada pani Genowefa.

Niemcy zrobili rewizje w domach aresztowanych. U Berdychowskiej znaleziono dwie polskie flagi. Zatrzymanych z tymi flagami gestapo wiozło ulicą Jagiellońską gazikiem pod bronią. - Widział ich nasz znajomy, który akurat rozładowywał warzywa. Zaraz przyszedł do nas do domu na rynek (mieszkaliśmy w kamienicy z nr 7) i powiadomił o aresztowaniu ojca.

Dzień przed aresztowaniem Nowaka, Enca i Berdychowskiej gestapo aresztowało wszystkich Żydów, którzy pracowali przy tej budowie oraz inżyniera Koula. Żydów gestapowcy rozstrzelali w Rdziostowie.

***

Ojciec pani Genowefy trafił do obozu w Pustkowie o nazwie: "SS Truppenubungsplatz Heidelager Pustków". Był to obóz pracy i zagłady. Stanisław Nowak miał numer 203. Opowiadał po latach, jak palono tam zwłoki zmarłych jeńców radzieckich i Żydów.

- W 1943 roku ojciec zachorował na tyfus i trafił do lazaretu na terenie obozu. Tam któregoś dnia, kiedy podszedł do wiadra napić się wody usłyszał, jak ktoś woła na niego cichutko: "Stasiu". Okazało się, że leżał tam inżynier Koula. Zapytał ojca, czy on wie, za co trafił do obozu. Tato odpowiedział, że nie ma pojęcia. Wówczas inżynier powtórzył mu to, co usłyszał na gestapo. Otóż aresztowano ich, bo jeden z Żydów budujących magazyn uciekł. Być może ktoś inny chodził za niego do pracy, bo podstawą aresztowania był list, który uciekinier wysłał z Krakowa. Napisał, że jak przeżyje wojnę, to przyjdzie i podziękuje im za to, że go nie wydali. Wysłał go na adres inżyniera, ale się nie podpisał. Kim był ten Żyd, to ani mój tato, ani pan inżynier nie wiedzieli... Jak udało mu się uciec nie zwracając niczyjej uwagi? Przecież przechodzili każdego dnia do pracy ulicami Sącza, pod okiem gestapo i milicji? - zastanawia się pani Genowefa.

Od ojca wie, że inżynier Koula zmarł w Pustkowie.

W lipcu 1944 roku z powodu zbliżania się frontu obóz w Pustkowie zlikwidowano. Więźniów wywożono koleją do obozów koncentracyjnych w Oświęcimiu, Bełżcu, Treblince, Majdanku, Ravensbruck. Z jednego z takich transportów uciekł ojciec pani Genowefy, razem z piątką innych więźniów. Wspomniał o tym zdarzeniu Stanisław Zabierowski w książce "Pustków - hitlerowskie obozy wyniszczenia w służbie poligonu SS", KAW, Rzeszów 1981 r.

***

Stanisław Nowak dotarł do domu, do żony i jedynej córki w sierpniu 1944 roku. Do wyzwolenia Nowego Sącza, do stycznia 1945 roku ukrywał się w piwnicy w kamienicy z numerem 7.

Po wojnie żył jeszcze 20 lat, ale nigdy nie dowiedział się, który z Żydów pracujących przy budowie uciekł i w jakich okolicznościach. Nie wiadomo, czy uciekinier przeżył wojnę.

- Po wojnie tato został wezwany przez NKWD, którego siedziba mieściła się w starostwie przy ul. Jagiellońskiej. Ciekawe skąd wiedzieli, że wrócił z obozu? - zastanawia się pani Genowefa. - Zapytali tatę czy wie, kto powiadomił gestapo o ucieczce tego Żyda? To mogłoby oznaczać, że ten uciekinier dotarł jakoś do NKWD.

***

- Po co ja to opowiadam? Bo uważam, że trzeba uczcić pamięć tych czterdziestu Żydów, którzy budowali magazyn zbożowy.

Zamordowano ich zupełnie niewinnie. Pewnie dziś nikt już o nich nie pamięta, bo tylu Żydów zginęło w czasie II wojny światowej. Ja o nich czasem myślę, bo ich historia splotła się z losami mojego ojca. I modlę się za nich. Gdy dowiedziałam się z "Dziennika Polskiego" o tym czterdziestometrowym murze z macew, o którym wcześniej nic nie wiedziałam, to pomyślałam, że ta ściana jest jak pomnik, dla ludzi, którzy go budowali. Po jednym metrze dla każdego Żyda...

"Dziennik Polski" 2007-05-18

Autor: ea