Po nitce do kłębka
Treść
Rozmowa z Arkadiuszem Mularczykiem, posłem Prawa i Sprawiedliwości
- Gorąco dyskutowano o wywiadzie, jakiego niedawno udzielił "Dziennikowi Polskiemu" Marian Kuczaj, prezes sądeckiego Okręgowego Związku Piłki Nożnej, ale chyba najbardziej emocjonalnie właśnie Pan zareagował. Co Pana tak w tej rozmowie poruszyło?
- Po lekturze tego wywiadu byłem zdziwiony, czy też raczej zszokowany, że człowiek odpowiedzialny m.in. za stan etyczno moralny piłkarskich rozgrywek w naszym regionie, mówi publicznie, iż posiada stuprocentową pewność, że są u nas tacy sędziowie, którzy brali pieniądze za stronnicze sędziowanie meczów. Coś tu nie gra, bo albo pan prezes Kuczaj publicznie kogoś pomawia albo jako funkcjonariusz publiczny powinien podjąć działania zmierzające do wyeliminowania patologii ze środowiska, którym zarządza. Przecież publicznie przyznał, że wie o nieuczciwych praktykach w lokalnym futbolu.
- Co konkretnie powinien zrobić?
- Powiadomić prokuraturę, że takie sytuacje miały miejsce i wskazać, kto w nich uczestniczył.
- Ale prezes Kuczaj powiedział też "Dziennikowi Polskiemu", że nie mając w ręce dowodów, nie powiadomi prokuratury.
- Tak, ale pan Kuczaj powiedział przecież wyraźnie, że - cytuję z pamięci - "posiada sto procent pewności". Czy to nie wystarcza, by posiadaną wiedzę przekazać organom ścigania? Skoro tego nie zrobił, to - w moim przekonaniu - daje przyzwolenie na takie praktyki. Trochę mnie dziwi, że prezes OZPN zatrzymał się w pół kroku. Z jednej strony publicznie podzielił się ze wszystkimi posiadaną wiedzą, a z drugiej nie podjął działań zmierzających do przerwania tej sytuacji. To niekonsekwencja.
- A jak - Pańskim zdaniem - powinien się teraz zachować pan Marian Kuczaj?
- Powinien artykuł z "Dziennika Polskiego" przesłać np. do prokuratury we Wrocławiu, która bada sprawę korupcji w polskiej piłce nożnej. I nawet jeśli prezes związku nie ma twardych dowodów, to wystarczy, iż zezna, że wie o osobach wręczających komuś pieniądze i klubach chronionych przez sędziów. Organy ścigania mają swoje sposoby, by nawet taką śladową - na tym etapie - wiedzę zweryfikować. Po nitce dotrą do kłębka.
- Sytuacja jest jednak patowa i nie ma chętnych, by zainteresować tą sprawą prokuraturę. Co Pan proponuje?
- Namawiam pana prezesa Kuczaja, by posiadaną wiedzą podzielił się z odpowiednimi organami, skoro podzielił się już nią z opinią publiczną. Wierzę w jego dobre chęci. Postępowanie może też zostać wszczęte z urzędu, zgodnie z zasadą legalizmu. Skoro bowiem prokurator był świadkiem sytuacji, która poprzez publikację prasową stała się publiczną, może wszcząć postępowanie z urzędu. Szczególnie, że w kraju toczą się właśnie głośne postępowania przeciw sędziom, działaczom piłkarskim i całej korupcyjnej machinie toczącej polski futbol.
- Wierzy Pan, że tym razem uda się przynajmniej w jakimś stopniu oczyścić piłkarskie środowisku, czy kolejny raz czeka nas mały deszcz z wielkiej chmury i wszystko zakończy się słynnym "no przecież nikt nikogo nie złapał za rękę".
- Myślę, że tutaj dużo zależy od samego środowiska piłkarskiego. Od tego, czy istnieje w nim wola oczyszczenia. Dzisiaj nie umiem odpowiedzieć na pytanie, czy pan Marian Kuczaj powiedział w wywiadzie dla "Dziennika Polskiego" pewne rzeczy celowo, by zainteresować problemem stosowne osoby, czy był to raczej lapsus, którego teraz żałuje. Jedno wiem na pewno - jeśli pan Kuczaj będzie tego chciał, wesprę go w każdym przedsięwzięciu zmierzającym do uzdrowienia sytuacji w polskiej i sądeckiej piłce.
- Jest Pan kibicem piłkarskim?
- Przestałem chodzić na mecze jakieś trzy lata temu, kiedy w 90 minucie meczu, obrońca mojej ukochanej Sandecji złapał piłkę w polu karnym rękami, bo przeciwnikowi potrzebny był gol. Uznałem wówczas, że nie będę więcej się dawał publicznie oszukiwać.
Rozmawiał Wojciech Molendowicz, "Dziennik Polski" 2007-02-14
Autor: ea