Powiedział, co widział
Treść
Ofiar tragicznej bójki jest więcej niż można by sądzić - uważają rodzice 20-latka, który został wczoraj ponownie aresztowany
- Syn był zbyt uczciwy i zapłacił za to straszną cenę - twierdzą rodzice 20-latka, który wrócił wczoraj do aresztu w związku ze śledztwem dotyczącym pobicia 24-letniego mężczyzny, do którego doszło pod koniec sierpnia w Starym Sączu. Wraz z nim w celach umieszczono jeszcze czterech uczestników tamtych tragicznych wydarzeń. Cała piątka przed dwoma tygodniami wyszła z więzienia za kaucją, a wczoraj musiała tam wrócić, bo Sąd Okręgowy uchylił postanowienie sądu niższej instancji, który zgodził się na wypuszcznie podejrzanych, gdy minął termin trzymiesięcznego tymczasowego aresztowania.
Przypomnijmy, że 27 sierpnia grupa młodych ludzi dotkliwie pobiła 24-letniego mężczyznę. Ofiara napaści została przewieziona do nowosądeckiego szpitala, gdzie wykonano trepanację czaszki. 24-latek nie odzyskał jednak świadomości. Niedawno przeszedł skomplikowaną operację neurochirurgiczną w krakowskiej klinice. Przyniosła ona częściową poprawę stanu zdrowia mężczyzny, który obecnie przebywa w tzw. płytkiej śpiączce.
Z relacji świadków wynikało, że feralnego dnia 24-latek został zaczepiony przez kilku młodych ludzi w starosądeckim parku. Wywiązała się sprzeczka, ale do bójki doszło dopiero pięć godzin później, gdy mężczyzna szedł ulicą Partyzantów. Wtedy podjechało do niego kilka samochodów, z których wysiedli napastnicy. Po kilkuminutowej wymianie ciosów 24-latek padł nieprzytomny na ziemię. Uderzył jednak butelką w twarz jednego z atakujących. Chwilę później obaj znaleźli się w szpitalu. Jednemu trzeba było ratować życie, a drugiego zszyć, bo rany były poważne.
To jednak tylko jedna z wersji wydarzeń. Inna mówi, że ofiara napaści sama sprowokowała młodych ludzi, zatrzymując samochody, którymi wracali do domu jadąc przez ul. Partyzantów. To 24-latek miał mieć w ręce metalowy klucz, którym uderzył trzy osoby. Wtedy wywiązała się bijatyka, mężczyzna dostał w twarz i upadł na ziemię, uderzając głową w krawężnik.
Bolesny koniec wakacji
20-letni uczeń jednej z nowosądeckich szkół średnich znalazł się w niewłaściwym czasie, w niewłaściwym miejscu - tak można streścić wywód zrozpaczonej matki jednego z aresztowanych chłopców, którzy mieli uczestniczyć w tamtych wydarzeniach. Feralnego wieczoru pojechał z siostrą do Nowego Sącza. Chcieli pożyczyć filmy na DVD i trochę się rozerwać. Była ostatnia niedziela wakacji, najlepszy czas na podsumowania mijającego lata. Zadzwoniła komórka. Telefonował brat chłopaka, z którym chodziła jego siostra. Niewiele zrozumieli z tego, co mówił. Zapamiętali jedynie prośbę, by szybko przyjechali do Starego Sącza, bo dzieje się coś niedobrego.
- Niewiele myśląc, pojechali tam - opowiada matka 20-latka. - Syn opowiadał, że na miejscu zastali bijatykę. On sam nikogo tam nie znał, nie miał pojęcia, o co chodzi. Gdy zobaczył, że na ziemi leży jakiś człowiek zasugerował, by wezwać pogotowie, ale ktoś stwierdził, że to niepotrzebne, bo jest pijany i nic mu nie będzie.
20-latek konsekwentnie twierdzi, że nie brał udziału w bójce. Przekonany o swojej niewinności, następnego dnia po zdarzeniu, dobrowolnie zgłosił się na policję.
- Powiedział: mamo, muszę tam iść - opowiada matka chłopca. - W końcu przecież byłem świadkiem tego zajścia. Po co mają mnie szukać. Opowiem, co widziałem i wrócę do domu.
Los i wymiar sprawiedliwości chciały jednak inaczej. 20-latek trafił do aresztu wraz z czwórką innych młodych ludzi uczestniczących w tym zdarzeniu. Umieszczono go w 14-osobowej celi. Nagle świat ucznia, który zamierzał w tym roku szkolnym zdawać maturę, skurczył się do czterech ścian i rytmu życia dyktowanego przez więzienny regulamin. To zdarzenie nie pozostało też bez wpływu na jego bliskich. Siostra musiała zmierzyć się z poczuciem winy, bo w końcu to ona odebrała telefon z prośbą o pomoc. Przestała jeść, straciła kilkanaście kilogramów i popadła w depresję. Ojciec musiał zrezygnować z dorywczej pracy w Warszawie, która zapewniała byt rodzinie.
- Nie mogłem się skupić. Ciągle myślałem, co się dzieje w domu, co u syna. Musiałem wracać, chociaż na miejscu nie ma dla mnie pracy - tłumaczy mężczyzna. Stres odbił się nie tylko na kondycji psychicznej, ale i zdrowiu rodziców. Oboje trafili do szpitala, bo wystąpiły dolegliwości sercowe.
Ich syn spędził w areszcie trzy miesiące. Więzienni wychowawcy wystawili mu dobrą opinię.
- Zrobił na nich zdecydowanie najlepsze wrażenie z całej piątki aresztowanych - mówi mjr Zdzisław Śliwiński, zastępca dyrektora Zakładu Karnego w Nowym Sączu. - Nie przyznał się do udziału w bójce i utrzymywał, że jedynie przyjechał na miejsce zdarzenia. O dobrej ocenie jego zachowania świadczy fakt, że w ciągu tych trzech miesięcy otrzymał aż trzy nagrody regulaminowe w postaci dodatkowych paczek od rodziny.
Dwa tygodnie normalności
Aresztowany 20-latek był przygotowany na to, że spędzi w celi więcej czasu, bo dowiedział się, że prokuratura prowadząca śledztwo w sprawie pobicia, wystąpiła z wnioskiem o przedłużenie aresztu o kolejne trzy miesiące. Tak się jednak nie stało, bo Sąd Rejonowy nie znalazł podstaw do dalszego przetrzymywania podejrzanych w areszcie. Rzecznik prasowy sądu Bogdan Kijak wyjaśniał w rozmowie z "Dziennikiem Polskim", że w ciągu trzech miesięcy wykonano czynności dowodowe, osadzonych przesłuchano i skonfrontowano. W tej sytuacji można więc było zastosować inny rodzaj środka zapobiegawczego. Wyznaczono kaucję w wysokości 10 tys. zł za każdego z aresztowanych. Rodziny zebrały pieniądze i ich synowie mogli wrócić do domu. Spędzili tam jednak tylko dwa tygodnie, bo po tym czasie wyższa instancja, czyli Sąd Okręgowy, uwzględnił zażalenie prokuratury i nakazał ponowne aresztowanie całej piątki. Podzielił stanowisko prokuratury, która sugerowała, że młodzi ludzie powinni pozostać w areszcie, bo mogą być oskarżeni o czyn zagrożony wysoką karą do ośmiu lat pozbawienia wolności. Poza tym - zdaniem śledczych - na tym etapie postępowania nadal istnieje obawa matactwa.
- Wymiar sprawiedliwości dał im dwa tygodnie normalności - ubolewa matka 20-latka. - Po szoku wywołanym przebywaniem w celi wrócili do domu, by wkrótce ponownie przekroczyć więzienną bramę. Mój syn wykorzystał ten czas na powrót do szkoły. Czy mógłby ponownie usiąść w ławce, gdyby był chuliganem i przestępcą?
Była wychowawczyni chłopca, która nadal uczy go języka polskiego, ani przez chwilę nie postrzegała go w takich kategoriach. Dla niej pozostał sumiennym, szczerym chłopakiem, który wyróżniał się na tle klasy logicznym myśleniem, elokwencją i szczerością.
- Bywało, że ta szczerość wprawiała mnie w zdumienie - opowiada nauczycielka. - W drugiej klasie chłopak trochę opuszczał zajęcia, ale potem usprawiedliwił te nieobecności. Pod koniec roku szkolnego powiedział, że podjął decyzję o powtarzaniu klasy. Mimo że mógłby nadrobić zaległości i zaliczyć materiał. "Nie chcę oszukiwać nauczycieli i siebie" - taki wtedy podał argument i przyznam, że zrobił na mnie wrażenie.
Po powrocie do aresztu szanse na zdanie matury mocno stopniały. Chociaż jeszcze niedawno były całkiem spore. Zwłaszcza, że klasa bardzo dobrze go przyjęła. Nikt nie zadawał trudnych pytań, nie robił głupich uwag. Ponowny areszt oznacza, że 20-latek opuści celę dopiero pod koniec stycznia. To i tak o cztery tygodnie wcześniej niż sugerowała prokuratura, która domagała się trzymiesięcznego aresztu.
- Przeżyłam szok, gdy musiałam z nim iść pod bramę więzienia - opowiada matka chłopca. - Po co go wypuszczono, po co dano nadzieję? Jaki jest sens ponownego zamykania tych chłopców w celi? Mieli dwa tygodnie wolności, przestawili się na inne tory życia. Wracają do miejsca, które z pewnością nie pomoże im stać się lepszymi ludźmi i może negatywnie wpłynąć na ich psychikę. Jaki będzie mój syn po spędzeniu tam kolejnych długich tygodni? Czy będzie taki dobry jak dotąd? Gdy jego dziadek przeszedł ciężki wylew, to on na nowo uczył go chodzić. Dziś ten 76-letni schorowany człowiek codziennie stoi przy oknie podpierając się laską i patrzy na drogę w nadziei, że zobaczy w oddali wnuka wracającego do domu...
Prokuratura Okręgowa nie chce udzielać informacji na temat toczącego się śledztwa. Jej rzecznik prasowy Jacek Wołoszyński wyjaśnia, że na tym etapie byłoby to równoznaczne z ujawnieniem materiału dowodowego, czego nie wolno zrobić przed rozprawą główną. Nie chce też komentować decyzji sądu, który nakazał ponowne aresztowanie, bo to przecież prokuratura występowała o zastosowanie takiego środka zapobiegawczego.
- Sąd podzielił nasze stanowisko w tej sprawie, więc nie będziemy z tą decyzją dyskutować. Niezręczne byłoby też jej komentowanie - stwierdza krótko Jacek Wołoszyński.
Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że pobity 24-latek nie należał do grona spokojnych, praworządnych obywateli. Był dobrze znany policji i karany za przestępstwa kryminalne. Jakie? Tego nikt nam się chciał powiedzieć, a komendant Komisariatu Policji w Starym Sączu nadkomisarz Feliks Sikora potwierdził jedynie, że mężczyzna ma za sobą przestępczą przeszłość. Nie chcą o niej mówić także jego rodzice, którzy przeżywają swoją własną tragedię, bo nie wiedzą, czy ich syn odzyska zdrowie i wróci do normalnego życia.
PAWEŁ SZELIGA , "Dziennik Polski" 2006-12-08
Autor: ea