Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Pożyczka ratunkowa?

Treść

Stowarzyszenie MKS Sandecja miało do północy czas na przelanie 160 tys. zł na konto miasta. Zarząd Klubu jeszcze wczoraj zastanawiał się, skąd wziąć na to pieniądze. Pojawił się pomysł, żeby członkowie zarządu i działacze klubu, wśród których jest wielu przedsiębiorców, złożyli się na ratunek Sandecji.



- Zastanawiamy się, czy nie pożyczyć klubowi pieniędzy. Wszyscy chcemy pomóc Sandecji, choć to nie my odpowiadamy za stan jej finansów za 2006 rok, bo objęliśmy zarząd dopiero w połowie grudnia zeszłego roku. Sami jesteśmy zaskoczeni tym, co zastaliśmy. Nie możemy jednak bezczynnie patrzeć na to, co się dzieje - powiedział "Dziennikowi Polskiemu" wiceprezes Wiktor Bachula.

Problem w tym, że szanse na odzyskanie pożyczki od zadłużonego klubu są równe zeru. Pieniędzy z dotacji celowej z budżetu miasta nie można przeznaczyć na spłatę pożyczki. Dochody z parkingów i opłat targowych ledwo wystarczą na stypendia dla piłkarzy.

Zarząd, który nie poczuwa się do odpowiedzialności za źle wykorzystaną dotację, nie chce płacić za cudze błędy.

Jak już pisaliśmy wczoraj wiceprezes Bachula zapowiedział, że sprawę złego wydatkowania części dotacji zgłosi do prokuratury. Za nierozliczenie pieniędzy obwinia byłego kuratora Sandecji.

Klub liczy, że prezydent Ryszard Nowak - również członek stowarzyszenia MKS Sandecja - znajdzie sposób na jego uratowanie.

Ale prezydent twierdzi, że, mimo szczerych chęci, pomóc nie może. - To stowarzyszenie podlega takim samym zasadom jak pozostałe. Zgodnie z ustawą o finansach publicznych dotacja, która została wydana niezgodnie z przeznaczeniem, czyli na cele inne niż na "organizację zajęć, zawodów i imprez" musi zostać zwrócona - przekazał nam za pośrednictwem Małgorzaty Grybel z biura prasowego prezydenta.

- Prawo jest prawem, nawet prezydent tu nie pomoże - dodał dyrektor Józef Kantor.

- Wierzę, że miasto nie dopuści do upadku Klubu. A my ze swej strony zrobimy, co w naszej mocy, żeby dźwignąć stowarzyszenie. Złożylibyśmy się na pomoc, gdyby był sens - powiedział nam Witold Żytkowicz, działacz MKS Sandecja, a do zeszłego poniedziałku wiceprezes Klubu.

Jego rezygnacja z wiceprezesury zbiegła się w czasie z upublicznieniem informacji o kłopotach Sandecji. Ale nie ma z tym nic wspólnego. - Musiałem zrezygnować, bo dowiedziałem się, że przepisy nie dopuszczają łączenia działalności we władzach dwóch klubów piłkarskich. Jestem przewodniczącym Komisji Rewizyjnej w Biegoniczance i byłem jednocześnie wiceprezesem Sandecji. Musiałem wybrać. Wybrałem Biegoniczankę, z którą związany jestem znacznie dłużej - wyjaśnił. Dodał, że z Sandecją się nie rozstaje, pozostanie z nią związany jako szeregowy działacz stowarzyszenia.

Wczoraj wieczorem miało odbyć się posiedzenie zarządu klubu. Do północy na konto miasta od stowarzyszenia powinna była wpłynąć kwota 160 tys. zł.

Jeśli pieniądze nie wpłyną prezydent Ryszard Nowak ustali termin zwrotu dotacji wraz z odsetkami (11 procent w stosunku rocznym). Klubowi przysługuje odwołanie od decyzji. Gdy jednak ta się uprawomocni, a stowarzyszenie nadal nie wypłaci zaległości, sprawą zajmie się komornik. Egzekucja może objąć dochody klubu czerpane z płatnych parkingów i opłat targowych.
(MONK), "Dziennik Polski" 2007-03-01


Autor: ea