Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Rozmowa na pięści

Treść

Ośmiu oskarżonych odpowiada przed sądem za tragiczne w skutkach pobicie 25-latka
W Sądzie Rejonowym w Nowym Sączu rozpoczął się wczoraj proces ośmiu mieszkańców powiatu nowosądeckiego oskarżonych o pobicie 25-letniego R.P. Poszkodowany przez pół roku był w śpiączce, z której udało się go wybudzić, choć lekarze nie dają mu żadnych nadziei na powrót do normalnego życia.



Procesowi towarzyszą ogromne emocje, bo rodziny oskarżonych twierdzą, że ich synowie są niewinni, a tragiczny skutek - ich zdaniem - przypadkowej bójki sprowokowanej rzekomo przez samego pokrzywdzonego jest wynikiem fatalnego splotu wydarzeń, których ci młodzi ludzie nie byli w stanie przewidzieć.

- Bili, żeby zabić - twierdzi oskarżyciel posiłkowy reprezentujący poszkodowanego i nie ukrywa, że liczy na surowy wyrok w tej sprawie.

W pierwszym dniu procesu sąd dał możliwość zrelacjonowania wydarzeń przez oskarżonych. To młodzi ludzie pomiędzy 19 i 22 rokiem życia. Pochodzą z małych wsi z okolic Starego Sącza i Piwnicznej. Z tej grupy tylko 22-letni Ł.D. wszedł już wcześniej w kolizję z prawem. Pozostała siódemka nie była dotąd karana i cieszyła się dobrą opinią w swoim środowisku. Z ich zeznań, podtrzymanych zresztą wczoraj przed sądem, wynika dość spójna i klarowna wersja wydarzeń. Oskarżeni utrzymują, że wszystko zaczęło się od incydentu sprowokowanego w parku w Starym Sączu przez późniejszą ofiarę pobicia.

- 27 sierpnia ubiegłego roku około godziny 20 siedziałem w parku z grupką znajomych - opowiadał 21-letni A.M. - W pewnym momencie podszedł do nas jakiś rosły, dobrze zbudowany mężczyzna i zapytał, czy ktoś z nas mówi po niemiecku. Odpowiedziałem, że znam niemiecki. Wtedy zadał mi jakieś pytanie, po czym wymierzył mocny cios w twarz. Okazało się, że pytał, czy może mnie uderzyć, ale ja tego pytania nie zrozumiałem. Potem uderzył mnie jeszcze raz.

Ponieważ agresywny napastnik miał jeszcze dwóch towarzyszy, młodzi ludzie uznali, że najlepiej się wycofać. Wsiedli do samochodu i odjechali z miejsca zdarzenia. Na tym jednak sprawa się nie skończyła. Pobity chłopak twierdzi, że to, co wydarzyło się w parku nie dawało mu spokoju i chciał sprawę wyjaśnić. Wykonał więc kilka telefonów do znajomych, którym opowiedział o zdarzeniu i poprosił o to, by pojechali z nim do Starego Sącza, by porozmawiać z napastnikiem i wyjaśnić wątpliwości. Z relacji oskarżonych wynika, że nikt nie brał pod uwagę kolejnego starcia. Nie chcieli się bić, tylko wytłumaczyć 25-latkowi, iż nie może bezkarnie zaczepiać i obrażać ludzi tylko dlatego, że są od niego słabsi. Mimo to podczas przesłuchania przez sąd nie obyło się bez wpadek. Oto jeden z oskarżonych wyznał, że dołączył do tej grupy po to, by zapewnić jej przewagę liczebną, co może oznaczać, iż mimo wszystko zakładano możliwość siłowego starcia.

Dwa samochody wypełnione młodymi ludźmi podjechały nocą pod starosądecki park, ale nikogo już tam nie było. W tej sytuacji zdecydowano się wracać do domu. Niestety, wkrótce zauważono busa, którym poruszał się poszukiwany 25-latek. Auto stało przy ul. Partyzantów. Oskarżeni podjechali tam i wkrótce wydarzenia potoczyły się błyskawicznie. W kierunku pojazdu ruszyli 19-letni T.S. i 22-letni D.K. Z ich relacji wynika, że z busa wysiadł mężczyzna, który sprowokował bójkę w parku. W jednej ręce miał butelkę po piwie, a w drugiej trzymał płaski klucz o długości 30-40 cm. Do rozmowy nie doszło, bo T.S. został uderzony butelką w głowę, zalał się krwią i od tej chwili nie pamięta tego, co działo się potem, natomiast D.K. otrzymał cios kluczem w twarz. Tak zaczęły się przepychanki, które szybko przerodziły się w bójkę. Sytuacja wymknęła się spod kontroli. Momentem przełomowym było starcie D.K. z R.P., do którego doszło za jego busem. Wysokość samochodu sprawia, że dziś oskarżeni twierdzą, iż nie widzieli przebiegu zdarzenia. Wiadomo jedynie, że w momencie, gdy dwóch szamoczących się mężczyzn upadło na ziemię, dobiegł do nich najbardziej agresywny z całej ósemki 22-letni Ł.D., któremu miał towarzyszyć 21-letni M.M. Chwilę później było już po walce. Ośmiu oskarżonych wsiadło do samochodów i odjechało do jednej z pobliskich wsi. Po drodze komentowano zajście i ze strzępów nerwowych przekazów wynika, że Ł.D. przesadził i za mocno pobił poszkodowanego. Oskarżony wiózł z sobą metalowy klucz, który rzekomo wyrwał pobitemu R.P. Stwierdził, że ma pokrwawione ręce, ale sam nie jest ranny, więc jeden z oskarżonych wywnioskował, iż może to być krew poszkodowanego w bójce 25-latka. Narzędzie, którym prawdopodobnie została uderzona ofiara bójki, wyrzucono.

Skutki starcia były dramatyczne. R.P. został przewieziony do nowosądeckiego szpitala z poważnymi obrażeniami głowy. Tam wykonano trepanację czaszki, po czym odtransportowano pacjenta do kliniki traumatologii w Krakowie. Stwierdzono m.in. krwiaka podtwardówkowego, stłuczenie mózgu i kilkanaście innych obrażeń ciała zagrażających życiu. Od sierpnia przeszedł pięć skomplikowanych operacji, a wkrótce czekają go kolejne. Niedawno udało się go wybudzić z śpiączki, ale przesłuchanie go nie jest możliwe, bo kontakt z pacjentem nadal jest utrudniony. Prawdopodobnie nigdy już nie odzyska normalnej sprawności.

Młodzi ludzie oskarżeni o udział w bójce, której skutkiem były poważne obrażenia ciała narażające poszkodowanego na utratę życia, przedstawili wczoraj swoją wersję wydarzeń. Murem stoją za nimi najbliżsi, którzy przekonują, iż na skutek nieprzemyślanej decyzji podyktowanej emocjami dali się wmanewrować w wydarzenia, które mogą zrujnować im życie. Wierzą, że ich synowie nie mieli złych zamiarów i zostali sprowokowani do bójki przez mężczyznę, który nie cieszył się w Starym Sączu dobrą opinią, bo w przeszłości był na bakier z prawem. Po drugiej stronie barykady stoi rodzina poszkodowanego przeżywająca swój dramat. Ojcu 25-latka nie daje spokoju świadomość, że policja dopiero rankiem następnego dnia zatrzymała uczestników tragicznego zajścia, co oznacza, że mieli wystarczająco dużo czasu, by ustalić spójną i logiczną wersję wydarzeń. Po stronie poszkodowanego stoją też dwaj mężczyźni, którzy towarzyszyli mu feralnej nocy i brali udział w bijatyce. W tej sprawie występują jako świadkowie, a sąd wysłucha ich relacji w poniedziałek. Byli jednak wczoraj pod drzwiami sali, na której toczyła się rozprawa, a zeznania oskarżonych kwitowali krótko - to bzdury.

- To nie poszkodowany sprowokował zajście - przekonuje świadek K.J. - Powtórzę przed sądem, że to nas zaczepiono w parku. Wytknięto mi, że się jąkam, więc R.P. się za mną wstawił. Potem oni zorganizowali całą tę akcję poszukiwawczą. Ale czy to jest normalne? Gdybyśmy to faktycznie my pobili w parku tego chłopaka, to dlaczego nie poszedł na komisariat i nie zgłosił tego policji, tylko zorganizował jakieś działania odwetowe? Przecież to był ewidentny samosąd. Tam, na ulicy Partyzantów, wyciągnięto nas brutalnie z samochodu i pobito. Ja straciłem przytomność, a gdy się ocknąłem obok w kałuży krwi leżał R.P.

Dodajmy, że żaden z oskarżonych nie przyznaje się do dotkliwego pobicia ofiary, choć wszyscy potwierdzili swój udział w zajściu.

PAWEŁ SZELIGA , "Dziennik Polski" 2007-03-16

Autor: ea