Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Start od zera

Treść

Rozmowa z Filipem Starzeckim, byłym już przewodniczącym samorządu studenckiego WSB-NLU, studentem V roku zarządzania i marketingu

- Dlaczego zdecydowałeś się wziąć czynny udział w życiu uczelni i kandydować na przewodniczącego samorządu studentów?

- Zanim zostałem przewodniczącym, działałem w Radzie Uczelnianej. Decyzja o tym, żeby do niej kandydować była lekko "wspierana". W jej podjęciu pomógł mi mój wykładowca Marek Rutkowski. Zaproponował mi i jeszcze chyba siedmiu osobom z mojego wydziału, żebyśmy spróbowali swoich sił właśnie w tym kierunku. Teraz Rada Uczelniana działa w systemie kadencyjnym, co pół roku zmienia się część jej członków, wtedy tworzono ją właściwie od podstaw, co ułatwiło nam wszystkim wejście do Rady.

- Więc pewnie wasz wydział miał wówczas najlepiej?

- Ważne jest, żeby w Radzie Uczelni zasiadali członkowie różnych kierunków, ale nie sądzę, żeby wtedy, kiedy osoby z zarządzania miały liczebną w niej przewagę, studenci z innych kierunków na tym cierpieli.

Specyfika naszej uczelni polega na tym, że nie jesteśmy molochem państwowym, który skupia dziesiątki tysięcy anonimowych studentów, którzy muszą konkurować ze sobą. My się tu prawie wszyscy znamy i jak działamy to dla dobra tak zwanego ogółu.

- Jak wyglądał więc początek Twojej działalności w Radzie?

- Zaczynaliśmy jako Rada kompletnie od zera. Wiedzieliśmy tylko, że chcemy coś zmienić i mieliśmy dużo chęci i zapału do pracy na rzecz uczelni i studentów. Duża rola w tym wszystkim przypadła przewodniczącej Kasi Gielarowskiej, która, biorąc pod uwagę naszą skomplikowaną nieco sytuację, bardzo dobrze ze wszystkim sobie poradziła. Rada ruszyła, i to w dobrym kierunku. Zaczęło się od organizowania szkoleń, konferencji, imprez studenckich, akcji charytatywnych. Muszę przyznać, że kompletnie nie wiedzieliśmy, jak do wielu spraw organizacyjnych się zabrać. Tym bardziej cieszyliśmy się ze wszystkich udanych przedsięwzięć.

Na początku stworzyliśmy 5 grup projektowych m.in. grupę kontaktów zewnętrznych, naukową, zajmującą się imprezami itp. Okazało się jednak, że taki, wydawać by się mogło rozsądny podział, nie sprawdził się w praktyce. Nikt nie chciał ograniczać się do jednego wąskiego zakresu działań. Każdy chciał spróbować swoich sił w realizacji różnorodnych event'ów. Dlatego w tym momencie funkcjonujemy w systemie projektowym. Przy każdym pomyśle wybierana jest jedna osoba, która koordynuje jego realizację. Ona dobiera sobie ekipę, z którą będzie współpracowała. Nic na siłę.

- Skąd macie fundusze na realizacje tych przeróżnych pomysłów?

- Na początku finansowała nas uczelnia. Później, w miarę zdobywania doświadczeń w organizowaniu różnych imprez, pozyskiwaliśmy sponsorów. Przede wszystkim bazujemy na nich oraz na umowach cateringowych. Wiadomo, że jeżeli pozwalamy komuś na sprzedawanie na naszych imprezach jedzenia czy napojów, to dana firma wchodzi z nami w układ i pokrywa koszty np. nagłośnienia, oświetlenia czy ochrony. Naszym dużym sukcesem jest, że udało nam się znaleźć patrona. Jest nią firma "Vector". My zapewniamy promocję marki na terenie uczelni, a ona wspiera nas finansowo. M.in. dzięki jej pomocy udało się nam zakupić sprzęt nagłośnieniowy do "dyskotekowni".

- Taka działalność pomogła Ci chyba zastosować w praktyce swoją wiedzę marketingowo-zarządzeniową .

- Uczelnia w ogóle ma podejście praktyczne do przedmiotów już przez sam sposób prowadzenia zajęć. Dołączenie do tego takiej działalności, rozwija jeszcze bardziej. Tu nie ma miejsca na niedociągnięcia, bo to nie są projekty powstające tylko na papierze, a inicjatywy, które realizuje się w świecie realnym, który nie akceptuje błędów.

- Na czyją pomoc, jako Rada, mogliście zawsze liczyć?

- Niezastąpiony był i jest w tej kwestii pan Tadeusz Węgrzyński, pełnomocnik rektora zajmujący się wszelkimi sprawami studenckimi i nasz opiekun. Od początku działania samorząd nie walczył, a współpracował ze szkołą, tzn. władzami uczelni. Wszystko opierało się na zasadzie szukania najlepszego rozwiązania dla wszystkich. Czasami musieliśmy uznać, mimo że dla studentów na pierwszy rzut oka w danym czasie pewne decyzje wydawały się niepomyślne, rację władz, bo na dłuższą metę były one jednak korzystniejsze. Ale wszystko opierało się na partnerskich rozmowach i dyskusjach, które czasami szły w jedną, czasami w drugą stronę.

- Przez ostatnie pół roku pełniłeś funkcję przewodniczącego samorządu, jak oceniłbyś swoją kadencję w porównaniu z poprzednią?

- Trudno porównać moją działalność jako przewodniczącego z innymi osobami na tym stanowisku. Każda osoba w zasadzie startowała z innego miejsca. Tak, jak wspominałem o Kasi, która zaczynała właściwie od zera. Ja startowałem z doświadczeniem osoby, która wcześniej pracowała już w Radzie i była wiceprzewodniczącym samorządu. Oceniając ten okres, uważam, że Rada bardzo się rozwinęła, zwłaszcza w kwestii organizacyjnej. Kiedy pojawia się jakiś projekt, od razu wiemy jak do niego podejść. Nie zdarzają się nam już poważne zaniedbania. Wynika to stąd, że pojawił się sposób przekazywania informacji i wymiany doświadczeń. Uważam, że w tym momencie pozycja Rady stoi na dużo wyższym poziomie organizacyjnym niż rok temu. Mamy ogromne "know how", dzięki czemu realizacja wszelkich projektów stała się prostsza. Mam też nadzieję, że za rok ktoś powie, że to, co my robimy teraz, było "niepoważne" w stosunku do tego, co będzie działo się wtedy. To będzie największy sukces i dowód na dalszy dynamiczny rozwój Rady.

- Co uznać za największą porażką odchodzącego przewodniczącego?

- Chyba najbardziej ubolewam, że nie udało się nawiązać stałej i dobrej współpracy międzyuczelnianej. To był jeden z moich priorytetowych celów, kiedy zostawałem przewodniczącym - podjęcie realizacji wspólnych projektów z SWSZ i PWSZ. O ile z tą pierwszą uczelnią udało nam się zorganizować razem juwenalia, tak z drugą, niestety kontakty były słabsze. Mam nadzieję, że nowa Rada, nauczona naszym doświadczeniem, będzie potrafiła rozwiązać sprawę wzajemnej współpracy ze studentami innych szkół.

- Jak oceniasz predyspozycje do liderowania nowo wybranego przewodniczącego Bartosza Kajuta?

- Bartosz jest chyba jedną z najbardziej aktywnych osób w Radzie. Bardzo się angażuje we wszelkie projekty. Obserwowałem jego pracę i widzę, jak bardzo działalność na rzecz uczelni go rozwinęła. Dlatego uważam, że ma bardzo duży potencjał na świetnego przewodniczącego.

- Zrezygnowałeś z ponownego kandydowania, czy chcesz usunąć się w ogóle z działalności Rady?

- Absolutnie nie. Zrezygnowałem z Rady, bo teraz na V roku czeka mnie pisanie pracy magisterskiej, do której bardzo poważnie podchodzę i chciałbym poświęcić jej trochę więcej czasu. Ale jeżeli tylko członkowie Rady będą potrzebowali mojej pomocy, to służę doświadczeniem. Ponadto zamierzam zrealizować jeszcze kilka projektów. Już zabieram się razem z Przemkiem Dudziakiem do organizacji juwenaliów. Zaangażowałem się też w "Ampersand", magazyn studencki, który do tej pory funkcjonował w wersji elektronicznej. Wraz z działającymi w nim osobami chcielibyśmy, aby pojawiła się także forma drukowana, ale taki projekt potrzebuje reklamodawców i hojnych sponsorów, których mam nadzieje uda nam się pozyskać.

Rozmawiała Katarzyna Gajdosz, "Dziennik Polski" 2006-11-09


Autor: ea