Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Stresu i nerwów nie da się policzyć

Treść

Szacowane są koszty wczorajszej akcji w szpitalu

Dziesięć tysięcy złotych, tyle samo ile żądał mężczyzna za wskazanie bomby rzekomo podłożonej wczoraj w sądeckim szpitalu, wyniosły wstępne szacowane koszty akcji poszukiwania ładunku wybuchowego. Bomby nie znaleziono. Nie wszczęto ewakuacji pacjentów i personelu szpitala, choć i na tę ewentualność się przygotowywano.

W środowej akcji brało udział 54 policjantów i pies szkolony do wyszukiwania ładunków wybuchowych. Wsparło ich 10 strażaków, jak również funkcjonariusze Karpackiego Oddziału Straży Granicznej z psem, strażnicy miejscy, a także pogotowie gazowe i energetyczne. Ostateczne koszty przeprowadzenia akcji jeszcze nie są znane.

- Służby, które brały w niej udział szacują je na 10 tys. zł - mówi asp. sztab. Beata Frohlich, rzecznik prasowy sądeckiej policji. - Zaznaczam jednak, że jest to wstępna kwota.

Strażacy wyliczyli własne koszty na ok. tysiąc złotych.

Przez cały czas trwania akcji w pełnej gotowości do przewożenia pacjentów było pogotowie. Jego szefowa nie podliczyła jeszcze kosztów akcji, ale jak twierdzi nie będą duże.

- Pod szpitalem stało kilka karetek w pełnej gotowości, trzy dodatkowe ambulanse w bazie - mówi Danuta Cabak-Fiut, dyrektor pogotowia. - Niektóre karetki trzeba było ściągnąć z terenu. Pacjentów przejęły inne ambulanse. Wzywałam ratowników i kierowców z domów. Ludzie stawili się w komplecie. Otrzymywałam telefony od osób, które pytały, czy nie potrzebna jest pomoc. Za tę solidarność wszystkim dziękuję. W terenie pozostały karetki, które musiały zapewnić opiekę medyczną innym mieszkańcom. Całe szczęście, że wszystko dobrze się skończyło i nie trzeba było ewakuować szpitala. Dla niektórych chorych mogłoby się to skończyć nawet śmiercią.

Wszyscy przebywający w szpitalu przeżyli trzy godziny w wielkim strachu. Tam jeszcze nie dokonano podliczenia strat.

- Stresu i nerwów chorych i ludzi pracujących w szpitalu nie można zamienić na żadne pieniądze - powiedział wczoraj "Dziennikowi Polskiemu" Artur Puszko, dyrektor szpitala. - Podjęcie decyzji o ewakuacji szpitala jest najtrudniejsze dla dyrektora. Jestem głęboko przekonany, że gdyby do niej doszło, to mogła mieć ona fatalne skutki. Osoba, która zadzwoniła i podała informację o bombie jest, moim zdaniem, skrajnie nieodpowiedzialna.

Chorzy, którzy w godzinach trwania akcji, potrzebowali pomocy medycznej, byli kierowani do ościennych szpitali.

(MIGA), "Dziennik Polski" 2007-01-26

Autor: ea