To zawód dla wybranych
Treść
Stanisław Daniel Kotliński:
Ostatnio w Polsce odbyły się cztery konkursy wokalne. Czy mała Polska potrzebuje ich aż tyle?
- Konkursy zawsze są potrzebne, niezależnie od wielkości kraju, tylko od tego jaką miarę przykłada się do kultury, w tym przypadku kultury muzycznej. Inaczej w pewnym momencie staniemy się krajem technokratycznych idiotów, którzy nie będą wiedzieli kto to był Szekspir czy Mozart.
Ale czy te konkursy nie są u nas sztuką dla sztuki, czy coś z nich wynika?
- Oczywiście najważniejsze jest to, aby laureaci mieli możliwość zadebiutowania na profesjonalnej scenie, nie należy jednak zapominać, że właśnie na konkursach śpiewacy mają możliwość konfrontacji, sprawdzenia swoich możliwości a także konsultacji z wybitnymi praktykami. Właśnie na konkursach w jury, ale nie tylko, pojawiają się znakomite osobowości, gwiazdy światowej wokalistyki, wybitni pedagodzy śpiewu, którzy mogą tym młodym ludziom wskazać kierunek rozwoju, uzmysłowić błędy. To bardzo ważne, sztuka bez konfrontacji nie rozwija się, tak samo młody artysta musi czerpać z różnych źródeł, konfrontować swoją wiedzę i doświadczenia. Poza tym, konkurs to mobilizacja, stymulacja dla młodego artysty do pracy nad sobą, nad swoim rozwojem. Realnym efektem konkursowej nagrody powinny jednak być także angaże.
Czy istotnie nagroda na konkursie moniuszkowskim czy Ady Sari może pomóc? Jest Pan sam śpiewakiem, ale także bardzo czynnym impresariem.
- Taka informacja jest z pewnością dla młodego człowieka dodatkowym plusem, atutem w zetknięciu z agentami, z teatrami. A ten plus może dać coś najważniejszego, możliwość debiutu, nawet w kilku miejscach. Nagrodę, zdobyte miejsce na konkursie trzeba nieustannie "potwierdzać" w praktyce swoim poziomem artystycznym. Konkursy mogą uświadomić młodym artystom czy ich droga jest właściwa i jak mają dalej postępować w swoim rozwoju, co poprawić, zmienić, etc. Jednocześnie konkursy powinny być de facto promocją młodych talentów. Żyjemy w czasach ogromnej konkurencji, rynek jest bardzo trudny i w zasadzie artyście, który nie ma w swoim dorobku nagrody na liczącym się konkursie jest trudniej się przebić, choć na pewno nie stanowi to reguły.
Dyrektorzy teatrów nie mają natomiast możliwości wyłuskania z masy kandydatów, tych najcenniejszych. W tym roku po raz pierwszy w Nowym Sączu w trzecim etapie uczestników będą oceniać potencjalni pracodawcy, dyrektorzy artystyczni oper...
- To znakomity pomysł, szkoda, że na konkursie moniuszkowskim nikt nie wpadł na to. Zapraszanie do jury wielkich gwiazd jest z pewnością atrakcyjne medialnie, ale nie przekłada się na późniejszą promocję laureatów konkursu. Zaproszenie dyrektorów na III etap to szansa nie tylko dla zwycięzców. Znam przecież przypadki laureatów pierwszych nagród, którzy nie zrobili wielkich karier, natomiast ci którzy dostali niższe nagrody lub wyróżnienia robili niekiedy oszałamiające kariery. Choćby przypadek rosyjskiego tenora podczas jednej z edycji konkursu moniuszkowskiego w Warszawie, który dostał jedną z ostatnich nagród a dziś jest rozchwytywany, zapraszany do Metropolitan, do największych teatrów na świecie. To Danił Sztoda.
Szkoda, że nie przydarzyło się to żadnemu Polakowi...
- Na świecie mamy dzisiaj wspaniałego młodego artystę, który reprezentuje Polskę w najlepszy sposób. To Piotr Beczała, który dopiero niedawno zadebiutował na naszej narodowej scenie, mając już za sobą wspaniałe występy w La Scali, MET i w innych teatrach operowych, jak Opernhaus w Zurychu, czy londyńska Covent Garden. To, co od kilku edycji obnaża konkurs moniuszkowski, to poziom polskich wykonawców, który jest niestety generalnie bardzo niski, miałem okazję to zaobserwować na niedawno zakończonym konkursie. Po raz kolejny zobaczyłem jak powierzchowna jest edukacja młodych śpiewaków, to co prezentują jest czasem wręcz zawstydzające. Jednocześnie mają bardzo dobre samopoczucie. Nie ma się czemu dziwić. Są przecież delegowani przez swoje autorytety, swoich nauczycieli którzy utwierdzają ich w nieuzasadnionym przekonaniu, ze są gotowi zwyciężyć i że świat stoi przed nimi otworem. A brakuje im często podstawowych umiejętności, nawet tego, że nie potrafią śpiewać w swoim ojczystym języku, czy dobrać właściwego dla swojego głosu repertuaru. Ktoś powie, ze to szczegóły, ale pełnia sztuki, poziom artystyczny składa się właśnie z detali. Nie potrafimy śpiewać po niemiecku, po rosyjsku czy po włosku - w języku który jest kanonem dobrego śpiewania. Szok następuje w momencie, kiedy taki młody człowiek wyjeżdża na upragnione przesłuchanie za granicę i tam otrzymuje zimny prysznic. Generalnie nasi młodzi śpiewacy marzą o wielkich karierach, ale nie mają do tego zupełnie przygotowania. Dzisiaj trzeba być samemu też swoim menadżerem, przynajmniej na starcie. Chyba żadna polska uczelnia nie prowadzi przedmiotu przygotowującego młodego artystę do rozpoczęcia tzw. kariery, a szkoda. Młodzi ludzie często zupełnie nie wiedzą co ze sobą zrobić po ukończeniu studiów.
Narzekamy na polskich uczestników, ale czy nie jest to problem globalny? Po wysłuchaniu części uczestników pierwszego etapu nie zauważyłem przepaści pomiędzy poziomem Polaków i obcokrajowców.
- Oczywiście tutaj w Sączu, uczestnicy spoza Polski, szczególnie spoza wschodniej granicy też popełniają rażące błędy, ale my nie możemy pocieszać się tym, że inni się mylą. Musimy dbać o to by poziom naszych reprezentantów był coraz wyższy. Słabość polskiej szkoły wykazał po raz kolejny niedawny konkurs moniuszkowski. Nie przyznano przecież Grand Prix, mimo że po selekcji nagrań z 200 zgłoszeń wybrano 100 uczestników.
Tam selekcja nagrań, a tu w Nowym Sączu występuje kilkudziesięciu uczestników którzy najwcześniej się zgłosili...
- Żadna z tych metod nie jest skuteczna. Wielkie konkursy robią eliminacje w różnych częściach świata, nawet na różnych kontynentach. Wtedy jest zupełnie inny poziom, ale koszty organizacyjne są gigantyczne. Coś za coś. Trzeba więc znaleźć złoty środek, tym bardziej, że poziom techniki jest tak wysoki, że ze złego nagrania można bez trudu zrobić świetne, a ze złego głosu dobry. Moja obserwacja ostatnich kilkunastu lat skłania do smutnej refleksji, że trzeba jak najprędzej uzdrowić proces szkolenia wokalnego w Polsce. Zdaję sobie sprawę, że jest to bardzo trudne o ile nie niemożliwe. Ale do tego potrzebna jest współpraca obu stron. Młody śpiewak musi zdawać sobie sprawę z tego, że nikt nie zastuka do jego drzwi z kontraktem. Dlatego potrzebny jest samokrytycyzm, nieustanna praca i chęć pogłębiania wiedzy niezależnie od większych lub mniejszych wymagań pedagoga. Trudno jednak wymagać od niedoświadczonego w końcu adepta sztuki wokalnej, aby wiedział więcej niż jego profesor. Ta sztuka wymaga mądrego, otwartego pedagoga, ale także niezwykle inteligentnego ucznia. To zawód dla wybranych.
Rozmawiał Tadeusz Deszkiewicz, "Dziennik Polski" 2007-05-23
25 śpiewaków walczy o udział w finale
Jury pod przewodnictwem prof. Heleny Łazarskiej ogłosiło swój pierwszy werdykt. Po przesłuchaniu 63 uczestników konkursu do drugiego etapu zakwalifikowało 25 młodych śpiewaków. Oto lista tych, którzy walczą o udział w finale XII Międzynarodowego Konkursu Sztuki Wokalnej im. Ady Sari
1. Borucka Anna (Polska)
2. Brzezińska Marta (Polska)
3. Fuji Rena (Japonia)
4. Hauzer Agnieszka (Polska)
5. Hidaka Eri (Japonia)
6. Huppmann Sebastian (Austria)
7. Kierner Stanisław (Polska)
8. Kitala Jarosław (Polska)
9. Kröner Alexander (Austria)
10. Kubas Aleksandra (Polska)
11. Kułakowska Kamila (Polska)
12. Misiaszek Barbara (Polska)
13. Pękala Kamil (Polska)
14. Pieluchowski Tomasz (Polska)
15. Postrożna Jadwiga (Polska)
16. Rożek Artur (Polska)
17. Różański Dawid (Polska)
18. Rymanowski Patryk (Polska)
19. Simińska Anna (Polska)
20. Sokołowski Patrycjusz (Polska)
21. Świostek Monika (Polska)
22. Trafas Joanna (Polska)
23. Uhlar Rastislav (Słowacja)
24. Witkowska Beata (Polska)
25. Zapiór Sabina (Polska)
Pierwszy etap w ocenie przewodniczącej jury profesor Heleny Łazarskiej:
Sukces należy do artystycznych osobowości
Z 81 osób zakwalifikowanych na konkurs (wedle kolejności nadchodzących zgłoszeń) ostatecznie do przesłuchań przystąpiło 63 kandydatów. Czy lament dotyczący polskiej szkoły śpiewu po konkursie moniuszkowskim niektórych odstraszył?
Nie było tym razem tak znowu źle z polską szkołą śpiewu. Ale gdzie się podziało zrozumienie rodaków dla włoskiej muzyki, dla bel canta? A wymowa (i odczytanie) włoskiego była w 80 procentach po prostu okropna, nie respektująca jej podstawowych zasad. Lepiej było nawet z niemieckim. Francuski na ogół niedobry. A przecież sztuka wokalna nie ogranicza się do wokalizy. A nawet gdyby... to gdzie jest legato - ten najważniejszy w muzyce wokalnej element artykulacji i frazowania? Mogli być tu wzorem uczestnicy południowych krajów (z Hiszpanii i Kolumbii), którzy nie zmieścili się w drugim etapie konkursu. Boli brak wrażliwości na estetykę dźwięku śpiewanego. A często występ polega głównie na produkowaniu dźwięków, a sens muzyki pozostaje w zapomnieniu. Wtedy nawet piękny głos po chwili zaczyna nudzić. Po raz kolejny okazało się jednak, że sukces (II etap) należy nie zawsze do tych poprawnych, ale do ujawniających osobowość artystyczną. Co będzie dalej?
Autor: ea