Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Wspomnienia: Moja szkoła

Treść

o. Stanisław Majcher SJ

Mogę powiedzieć, że życie księdza, przynajmniej moje, podczas długoletniej posługi w Nowym Sączu w parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa, realizowało się między kościołem a szkołą. Po studiach przez dwa lata prowadziłem spotkania katechetyczne z uczniami ówczesnej Szkoły Podstawowej nr 5, a potem od roku 1972 z młodzieżą z tzw. "Elektryka". Spotkania odbywały się przy kościele, a nawet przez jakiś czas uczyłem religii w samym kościele. W owych czasach budynek technikum znałem tylko z pozycji przechodnia idącego chodnikiem. Ksiądz w szkole był niemile widziany, przynajmniej przez niektórych. Inaczej było z młodzieżą uczącą się w "Elektryku". Nawet klasy uczące się w systemie popołudniowym uczęszczały na lekcje religii niemal w stu procentach do czasu, kiedy te prowadzone była poza szkołą. Również moje kontakty z nauczycielami - choć nieliczne - miały miejsce poza szkołą. Ale pamiętam jak na początku lat 80 doszło do spotkania z p. Wandą Polakiewicz i kierownikiem internatu. Druga strona reprezentowana przez o. proboszcza (niżej podpisanego) i Leszka Zegzdę uczącego religii przy "parafii kolejowej." Przedstawiciele "Elektryka" za przyzwoleniem dyrektora pragnęli wówczas omawiać metody wychowywania i oddziaływania na młodych. To spotkanie jak na owe czasy było, nie powiem rewolucyjne, ale na pewno nowatorskie. Chodziło przecież o człowieka i to młodego, chodziło o ucznia. W tamtych czasach sporo młodzieży z internatu i z Nowego Sącza przeżywała swoje spotkania na tzw. mszy św. oazowej. A kiedy młodzież mieszkająca w internacie mogła w soboty wyjeżdżać do domu przenieśliśmy czas tych spotkań z piątku na czwartek. Wspomniałem już kiedyś wypowiedź ks. dziekana Zenona celebrującego tę Eucharystię, który powiedział: "Ojcze Stanisławie, zazdroszczę wam tej młodzieży, ale też cieszę się z tego powodu". W tamtych latach współpraca między parafią a szkołą była ograniczona. Niemniej kontakty dotyczyły różnych płaszczyzn. I tak czasami szkole pożyczaliśmy aparaturę nagłaśniającą, a innym razem polonistka przeprowadzała próbę z grupą uczniów na plebani. Łączyło nas wiele, łączyła nas troska o młodego człowieka.

Nastały nowe czasy, nowa rzeczywistość. Katechezę wprowadzono do szkół. Jeszcze przed rozpoczęciem roku szkolnego doszło do zapoznawczego spotkania z dyrektorem. Potem inauguracja i spotkania z młodzieżą w klasach. Rytm zajęć i czas określany

dzwonkami. Wędrówki po różnych salach, wypełnianie dzienników, a przede wszystkim spotkania z nauczycielami i innymi pracownikami szkoły. Grono uczących to spora gromada osób wierzących i sympatycznych niewierzących. Bywało też śmiesznie, bo jak inaczej nazwać sytuację, kiedy któregoś dnia planowana wycieczka miała nie dojść do skutku, bo zamiast rodzica jako opiekun miał pojechać... ksiądz katecheta. Tak mogło być na początku. Z czasem głębsze poznanie się i zrozumienie pozwoliło wyeliminować takie sytuacje.

Spotkania z okazji imienin, jubileuszu, czy też dnia nauczyciela przeżywaliśmy gromadnie nad Kamienicą w Jamnicy. Miłym zaskoczeniem było dla mnie, kiedy w czasie rekolekcji szkolnych o swojej drodze do głębszej więzi z Chrystusem wypowiadali się p. Wanda Polakiewicz czy też p. Kazimiera Sarot i p. Stanisław Ruchała - absolwent technikum, a wówczas profesor "Elektryka". Zajęcia katechetyczne naznaczone rytmem jakim żyje szkoła przybierały charakter lekcji szkolnych i dużej troski trzeba było, by utrzymać atmosferę spotkań religijnych na zajęciach w szkole.

Jako ksiądz katecheta byłem angażowany na zabawach szkolnych i wycieczek w Gorce, Beskid Sądecki, czy w Tatry. Pozostawiły niezapomniane przeżycia i wrażenia. I może

podzielę się wrażeniami z wycieczki jednej klasy na Magurę Małastowską. Każdy dzień wycieczki był nie tylko zaplanowany, ale plan skrupulatnie realizowany. Przy schronisku odbył się mecz piłki nożnej, wspólne ognisko bez "herbaty z termosów". Co prawda gaszenia ogniska dokonano wspólnym wysiłkiem, odsuwając od tej akcji księdza. Późnym wieczorem konkursy, a nocą spotkanie chętnych na tzw. "chwili szczerości". Podziwiałem dobrą organizację klasy przy znacznym udziale trzech przyjaciół: Mariusza Nogę, Marcina Kałużnego i Andrzeja Kunickiego. Z tej to eskapady przyjął się zwyczaj zwracania się do katechety per "wuju". Tak zwracali się na lekcjach, na spotkaniach grupy oazowej (połowa tej klasy elektronicznej była w oazie), czy też podczas sakramentu pojednania. Wyżej wymienieni zorganizowali kurs tańca towarzyskiego aby m. in. na zabawach klasowych nie było tak jak podczas ich pierwszej zabawy, kiedy to zaprosili klasę dziewcząt z LO i przez godzinę dziewczęta stały w jednym kącie sali, a chłopcy w drugim, a kiedy szepczę im, że są gospodarzami, to w odpowiedzi słyszę, że "są jeszcze nie rozgrzani przez muzykę".

Łączyły mnie również z "Elektrykiem" przeżycia przykre i trudne, kiedy któryś z uczniów wybierał rozwiązania trudne i gwałtowne. Przychodzi o mnie uczeń i powiada, że sobie życie odbierze, bo wczoraj sympatia mu powiedziała, że już z nim nie będzie chodzić. Dla 17-latka to mógł być problemem, ale przy końcu roku szkolnego stwierdził, że już tak nie myśli. Innym razem żegnaliśmy na zawsze młodego człowieka (przyszłego elektryka), którego podczas pracy w domu przy betoniarce poraził prąd. Jakże szkoda człowieka, na dodatek tak młodego i stojącego na początku drogi życiowej.

Czyż nie jest sympatyczna postawa dwóch maturzystów, którzy mając świadomość, że ich kolega przeżywa kryzys i mając zdolności rezygnuje z matury. "Delikwent" powiada, że gdyby nie troska tych dwóch kolegów z pewnością nie przystąpiłby do egzaminu. Życie katechety w "Elektryku" pełne było niespodzianek. Chociażby sytuacja w trzeciej klasie

technikum. Przychodzę na lekcję, a uczeń Jacek powiada: "Proszę, księdza, niech ksiądz

odłoży temat katechezy, a powie nam: co wolno chłopcu wobec dziewczyny?"

Jak nie wspominać inicjatywy p. Wandy, która przy poparciu dyrektora stwarza grupę dyskusyjną spotykającą się raz w miesiącu, by omawiając problemy wspólnie szukać ich rozwiązania i ubogacać się wiedzą poprzez głoszone referaty. Uczący - profesorowi jak i pracownicy warsztatów poświęcali swój czas, by być nie tylko uczącymi, ale też wychowawcami. Na takie spotkanie zaproszono m. in. p. Ewę Harsdorf, która swoją szczerością, doświadczeniem ubogaciła nasze umysły i serca.

To są tylko migawki. Ale na koniec wspomnę jeszcze o dwóch wydarzeniach. Jedno z nich dotyczy byłej pani kurator, która zapewne z dużą troską, lecz dziwnie rozpracowała zmianę dyrektora. Opinia pracowników szkoły stwierdzała, że w stanie wojennym dyrektor bronił internowanych, a niektórych przeznaczył do odznaczenia już w czasie pokoju, że nie kierował się przynależnością, ale fachowością i człowieczeństwem. I na gremialnym spotkaniu rady z panią kurator zabrałem też głos rozpoczynając wypowiedź od słów: "pani prokurator..."

Czyż nie jest miłym gestem grona uczących, kiedy to na dziesięciolecie gospodarzenia jako

dyrektor spotykamy się na mszy św. aby Bogu dziękować za to, co dobrego działo się naszej szkole. Łączyła nas ofiara Chrystusa ze wspólną Komunią św. Byliśmy razem połączeni duchem i sercem. Wspomnienia tamtych lat ciągle się tworzą, a przecież jest ich tak wiele. I tu cisną się na usta słowa Juliana Tuwima:

"Szkoło, szkoło!

Gdy cię wspominam,

Tęsknota w serce się wgryza,

Oczy mam pełne łez!

...Galia est omnis divisa

In partes tres..."


"Dziennik Polski" 2006-10-20

Autor: ea