Wspomnienia niebieskiego mundurka
Treść
Irena Styczyńska, sądeczanka:
Lata 1935-1939 to okres, w którym chodziłam do Żeńskiego Gimnazjum im. Marii Konopnickiej - szkoły, która nauczyła mnie wiele, gdzie wpajano nam nie tylko wiedzę, ale także uczono, jak postępować w życiu. Podstawą do tego była ogólnie pojęta dyscyplina. Jednym z jej elementów było zaś noszenie mundurków.
Obowiązkowym ubiorem moim i moich rówieśniczek była granatowa bluzeczka i granatowa spódniczka, plisowana lub zakładana. Częścią tego stroju był chałat z tzw. alpagi - również w kolorze granatowym lub czarnym. Zakładany on był jednak na lekcje, na których wykonywało się jakieś prace praktyczne lub podczas doświadczeń z fizyki lub chemii. Na wyjątkowe okazje ubierało się białe spódniczki. Pamiętam, że w takim stroju, prowadząc jako przewodnicząca naszą klasę, występowałam podczas uroczystości odsłonięcia tablicy ku czci Józefa Piłsudskiego w roku 1934 przy ul. Dunajewskiego. Mama powiedziała mi wówczas - jak mi rozplisujesz tę spódniczkę na deszczu, to dostaniesz lanie. Bluzeczki miały krój koszulowy, z tym, że kołnierzyk nie był spiczasty w dół, tylko prostokątny, z wystającą niebieską wypustką, zapinany na trzy błyszczące guziczki. Na rękawie przyszyta była na trwałe niebieska tarcza. "Konopnicka" miała numer 448. Starsze koleżanki, licealistki nosiły bluzki z wypustką w kolorze czerwonym i tego samego koloru tarczę.
Zimą obowiązywało noszenie granatowego płaszcza z popielatym kołnierzykiem barankowym, zapinanego na srebrne guziki. Uzupełnieniem zaś zimowego stroju gimnazjalistki lub licealistki był beret w kolorze granatowym z małym, srebrnym znaczkiem okrągłym, na którym była wyryta otwarta księga z kagankiem na jej wierzchu.
Odnośnie szkolnego stroju mogłabym przytoczyć osobistą anegdotę. Do gimnazjum chodziłam wspólnie z córką mojego ojczyma. Książki nosiłyśmy w jednej torbie - ja rano, ona po południu. Różniłyśmy się jednak wyglądem - ja byłam szczuplutka, wysoka, ona zupełnie przeciwnie. Koleżanki nazywały nas nawet Pat i Pataszon. By odróżnić się od niej wymogłam na mamie, aby moje zaszywki na spódniczce były położone odwrotnie od jej.
Chłopcy, którzy uczęszczali do gimnazjum lub liceum im. Długosza lub Chrobrego chodzili w granatowych ubraniach i niebieskich koszulach. Obowiązkowy był też granatowy krawat.
Czy młodzież danej szkoły powinna nosić stroje wyróżniające ją od innych? Moim zdaniem tak, choć wiem, że czasy się i mentalność młodych ludzi bardzo się zmieniły. Dla mojego pokolenia mundurek i tarcza były powodem do dumy, były wyznacznikiem tego, że przynależy się do określonej społeczności szkolnej. I warto to chyba w jakimś stopniu przywrócić.
Bożena Jawor, wiceprezydent Nowego Sącza:
Jestem absolwentką II Liceum Ogólnokształcącego im. Marii Konopnickiej w Nowym Sączu. W mojej szkole obowiązkowe były chałaty z tzw. "zerówki" z białymi kołnierzykami. Na rękawie należało przyszyć belki, a na mundurku tarczę. Dziewczęta nosiły granatowe berety z okrągłą tarcza, w kształcie otwartej książki i napisem II LO. Chłopcy mieli krótkie granatowe bluzy do pasa i spodnie.
Pamiętam, że nawet już po skończonych lekcjach mile widziany był granatowy ubiór. Kiedy spotkało się na ulicy nauczyciela, czym prędzej przechodziło się na drugą stronę, by nie zauważył, że nie ma się tarczy.
(MIGA), "Dziennik Polski" 2007-01-31
Autor: ea