Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Zapamiętane wagary

Treść

Zbigniew Małek, dyrektor Katolickiej Szkoły Podstawowej w Nowym Sączu

Mam za sobą taki epizod w życiu. Chodziłem wówczas do czwartej klasy nieistniejącej już Szkoły Podstawowej nr 4 (obecnie Gimnazjum nr 2). Był rok 1971. Jak wszyscy wagarowicze chciałem przeżyć dreszczyk emocji związany z nieusprawiedliwionym niepójściem do szkoły.

Wagary, na które poszedłem z moimi najlepszymi kolegami Heniem i Piotrkiem, nie były spowodowane strachem przed klasówką lub innymi problemami szkolnymi lecz chęcią przeżycia czegoś, co według opowieści starszych kolegów miało być wielką przygodą.

Jak przystało na łowców przygód, wagary dokładnie zaplanowaliśmy. Dwa dni przygotowywaliśmy prowiant i ekwipunek. Zabraliśmy pasztetową, chleb, kawałek kiełbasy zwyczajnej oraz kultową oranżadę w charakterystycznych dla tych czasów butelkach. Nie zapomnieliśmy o małej siekierce, nożu i zapałkach, ponieważ głównym punktem wagarów miało być ognisko. Dzień wagarów rozpoczął się słonecznym wiosennym porankiem. Rano z tornistrami wypełnionymi ekwipunkiem poszliśmy nad Kamienicę. Schowaliśmy się w wiklinowym gąszczu, pod skarpą, obok mostu na ul. Lwowskiej. Szybko zjedliśmy nasze zapasy. Szybko też wyczerpał się nam też repertuar wagarów i trzeba było pomyśleć o innej rozrywce. Postanowiliśmy się wykąpać w rzece, ale okazało się, że woda w rzece była jeszcze bardzo zimna. Finał naszych wagarów przypominał raczej dobry thriller. Na zmoczonych i przemarzniętych łowców przygód natknęła się nasza wychowawczyni z resztą klasy, która wybrała się nad rzekę w poszukiwaniu wiosny. No cóż. Później była wizyta rodziców w szkole, manto w domu i areszt domowy przez miesiąc. Zawiodłem się na tych moich szkolnych wagarach. Zostały jedynie wspomnienia.
(MIGA), "Dziennik Polski" 2007-01-31


Autor: ea