Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Zarażać ludzi uśmiechem

Treść

Potrafi wytworzyć w ludziach dobre odruchy. Uśmiech i życzliwość, z jaką spogląda na świat, pomagają jej żyć. Jednak swojego sukcesu nie mierzy miarą popularności, a wzrostem dwóch dorosłych już synów. Ma tylko jedno marzenie: spełnienie marzeń swoich dzieci. Z Agatą Młynarską spotkałam się w sądeckim Parku Strzeleckim, w ramach corocznego koncertu strażackiego. - Będąc małą dziewczynką chciała Pani uczestniczyć w dyskusjach z dorosłymi, a studia polonistyczne pogłębiły Pani miłość do żywego słowa. Już wtedy myślała Pani o zawodzie dziennikarza? - Najpierw chciałam być nauczycielką języka polskiego i byłam nią przez chwilę, więc to też z miłości do żywego słowa. Zawsze lubiłam mówić, być w kontakcie z innymi ludźmi. To dawało mi ogromną satysfakcję. Wiedziałam, że muszę mieć pracę polegającą na komunikowaniu się, ale nie przypuszczałam, że będę pracować w telewizji. Przez chwilę myślałam o tym, żeby zostać aktorką tak jak moja mama. Grałam w filmie "Rodzina Leśniewskich" i to była taka moja krótka przygoda z aktorstwem. - Filologia polska to dobry kierunek dla kogoś, kto chce zostać dziennikarzem? - Bardzo wielu dziennikarzy ukończyło filologię polską. Kiedyś o tym wydziale mówiło się, że jest to doskonała szkoła dla panien z dobrych domów, dla dziewczyn, które jeszcze nie wiedzą, co zrobić ze swoim życiem. Natomiast w tradycji mojej rodziny te studia były zawsze bardzo cenione i ważne. Mój ojciec kończył filologię polską, więc nie do pomyślenia było dla mnie, studiowanie czegoś innego. - Wydawać by się mogło, że zdecydowanie lepiej studiować dziennikarstwo z edukacją medialną... - Kiedy kończyłam szkołę, dziennikarstwo nie było poważanym wydziałem ze względów politycznych. W tej chwili można iść na dziennikarstwo, bo są to studia, na których można wiele skorzystać. Filologia polska daje bardzo dobre przygotowanie do bycia dziennikarzem, ponieważ uczy żywego słowa i pisania. Od studentów wymaga się erudycji literackiej. Przez długi czas czerpałam z moich studiów jak ze źródła. To mi bardzo pomogło w pracy z ludźmi, w rozmowach ze znanymi osobami, reżyserami teatralnymi, przedstawicielami świata kultury. Dziennikarstwa można się nauczyć w praktyce, ale trzeba mieć zaplecze. Trzeba umieć zrobić puentę, wiedzieć, o jakiej literaturze jest mowa. Dziennikarstwo tego nie da. Filologia jest najlepszym możliwym zapleczem. Oczywiście możesz mieć swoje zainteresowania, możesz się świetnie na tym znać, ale dziennikarstwa uczysz się w boju. Jest to zawód praktyczny, styl życia. Na studiach nauczysz się robić dobrą notatkę, ale reszta to talent i dar od Boga, predyspozycje. - Dziennikarstwo to zawód polegający na ciągłym poszukiwaniu i eksperymentowaniu. Lubi Pani wyzwania? - Ten zawód jest nieustannym wyzwaniem. Wyzwaniem jest wyjście na scenę, decyzja o nowym programie czy zmiana miejsca pracy. W tym zawodzie nie można się poddawać. Każdego dnia trzeba wymyślać coś nowego, to też nie pozwala się zestarzeć i znudzić życiem, ale też nie pozwala zauważyć, że masz już dorosłe dzieci. - Niedawno zakończyła się trzecia edycja teleturnieju "Eureko, ja to wiem". Jaki był cel tego programu? - Chodziło o to, by wyłonić 13- latka, który ma pasję i poradzi sobie z naszym teleturniejem na tyle, żeby wygrać pół miliona złotych na edukację. To nie jest tak, że on dostaje czek, z którym może zrobić co chce, tylko z konsultantami z fundacji "Eureko", która na świecie wyławia bardzo zdolnych młodych ludzi, pracuje nad programem edukacyjnym na całe swoje studenckie życie. Od13 roku życia programuje się jego edukację. Wygrał fantastyczny chłopak, który wiedział czego chce, miał poczucie humoru i ogromną świadomość swoich potrzeb, a jednocześnie dużą wiedzę o świecie. - Możemy spodziewać się kolejnych edycji? - Holendrzy przymierzają się do kolejnej edycji w Polsce, natomiast od roku pracuję nad nowym pomysłem - na ekranie pojawi się "Dzień kangura". Wydaje mi się, że kiedy ten program ruszy, to wszystkie rodziny w Polsce będą sobie chciały zrobić dzień kangura. - Razem z Zygmuntem Chajzerem prowadziła Pani tegoroczny koncert TOP. Jak ocenia Pani ten festiwal i czy ma Pani swoich faworytów? - Jestem rzecznikiem prasowym tego festiwalu, więc jest mi bardzo trudno go oceniać. Jest to festiwal bardzo młody, bo ma 5 lat, a już w pewnym sensie zdystansował inne imprezy. Mówi się o nim w równorzędny sposób jak o festiwalu sopockim czy opolskim, które mają czterdziestoletnią tradycję. To jest ogromny sukces. Zależało na tym, żeby był to festiwal, który pokazuje, że Polsat jest mecenasem, miejscem, do którego przychodzą gwiazdy i mogą zaprezentować swoje osiągnięcia. Uważam za najważniejszy koncert TOP, bo scenariusz do niego pisze publiczność. Trudno mi faworyzować kogokolwiek. Cały czas jestem pod wrażeniem i powalona formą i sukcesem Maryli Rodowicz. To jest kobieta, która ma pełne prawo być babcią w kapciach, a jest jedną z najmłodszych kobiet, jakie znam. Jest zawsze młoda i młode są jej piosenki. - Przyglądam się Pani pracy w TV, koncertom prowadzonym na żywo, akcjom charytatywnym, w jakich bierze Pani udział. Czy różnorodność i ogrom tych działań nie są wynikiem pracoholizmu? - Takie pytanie zadaje sobie również moja rodzina. Mam czasami wrażenie, że jestem pracoholiczką. Bywa, że nad pewnymi kwestiami siedzę 24 godziny na dobę. Praca jest w myślach. To nie jest tak, że możesz zamknąć głowę o godzinie 17 i zająć się czymś innym. Bardzo często jest tak, że myślę nad czymś, co dotyczy pracy, robiąc obiad czy zakupy. Odbieram telefony o każdej porze dnia i nocy. Może to trochę wyglądać na pracoholizm, ale mimo wszystko umiem gdzieś tam postawić granicę, umiem powiedzieć: nie, dość. I umiem się zatrzymać. - Pani dewiza to: "Jeśli chcecie, aby życie uśmiechnęło się do Was, przynieście mu najpierw swój dobry humor". - Uważam, że jeżeli ludzie się uśmiechają, jeśli budzą się rano w dobrym nastroju, to mają na dzień dobry kredyt na to, żeby wszystko udało się pozytywnie. Nie można wstawać lewą nogą, czy być naburmuszonym od rana. Należy każdą ze złych rzeczy spróbować obrócić pozytywnie lub odwrócić w śmiech niepowodzenie, żeby nie zwariować. Trzeba zarażać ludzi swoim uśmiechem. Miło mi jest, kiedy koledzy z pracy mówią: fajnie, że już przyszłaś, bo wreszcie będzie wesoło. - Życzliwość, z jaką spogląda Pani na świat, pomaga żyć. Nigdy nie czuła Pani, że taką życzliwość łatwo można wykorzystać? - Czułam wiele razy taką sytuację, że gdzieś ktoś nadużywa mojej cierpliwości, czy - nie chce powiedzieć szumnie - dobroci. Wiele razy dostałam po głowie, ale równie wiele razy to mi pomogło i dzięki temu zyskałam. Zawsze robi się bilans zysków i strat. - Liczy się dla Pani droga czy cel? - Zdecydowanie bardziej liczy się dla mnie droga niż cel, ponieważ nie umiem powiedzieć, jaki jest cel mojego życia. Natomiast wiem, że warto jest wybierać fajne drogi, nawet czasami męczyć się, idąc. U mnie jeszcze jest tak, że ten cel się cały czas odsuwa. Jeśli jakiś cel jest już osiągnięty, czyli na przykład koncert się udał czy matura mojego syna, to już są następne cele. - Jak spędza Pani wolny czas? - W domu, z moimi synami bądź z przyjaciółką, z którą często spacerujemy. To zależy, czy to jest czas wolny, którego mam trochę więcej czy mniej. Natomiast generalnie, ponieważ mieszkamy w lesie, jeśli trafia mi się chwila wolnego czasu, to jest to czas spędzany wokół domu. - Jakie jest Pani największe marzenie w życiu? - Spełnienie marzeń moich dzieci. Rozmawiała Anna Gucwa, absolwentka VI LO w Nowym Sączu *** Drodzy uczniowie, jeśli chcecie podzielić się swoimi publikacjami, wyślijcie je do nas. Najciekawsze opublikujemy. "Dziennik Polski" 2007-09-06

Autor: wa